Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z marzec, 2026

... żyj, kochaj...

 Po internetach peregrynując znajdują hasło: "żyj, kochaj, idź do teatru"... Też coś!? Na pierwsze dwa zawołania - owszem, ale czy wypada mieszać do tego komediantów? Sam poniekąd do nich należę, zatem to nie jest obraza, ale raczej rachunek sumienia.                                                                            Dobrze, odłożyłem z emerytury zaskórniak, ale w dalszym ciągu nie jestem pewien wydatku - pies trącał moniaki, ja o szarych komórkach... Kiedyś ("mój") teatr prowokował, ale i rozwijał intelektualnie: był zakorzeniony w lekturach, które już się sprawdziły nie tylko w szkole, ale i w umysłach, a dziś? Wiem, wiem, każde pokolenie potrzebuje swoje bożyszcza, lecz czy to musi oznaczać obniżanie kryteriów? Przecież poza gustem (ten jest indywidualny i nie podpada pod wspólny mian...

no dobrze...

 Beatlesi Beatlesami, no dobrze, ale gdzie na mojej półce nowy Pamuk, Maray, nie mówiąc o Japończykach? A Thomas Bernhardt tylko dla Lupy? Zbliża się moja rocznica, zatem hajda po EMPiKach. Świerze bułeczki "bułeckami" - nawet z serkiem, ale nic nie zastępuje strawy duchowej tych i innych czerniących papier. Zatem? Do księgarni (mam taka jedną niedaleko z przyznanym mi rabatem, a poza tym do IT dawno nie zaglądałem). O wydatkach będzie sprawozdawane!

... ostatnio

Ostatnio zbyt długo przesiaduję w Internecie; powodem jest odkryta artystka video, której surrealistyczne dzieła mnie zachwycają. Owszem, ale...                                                                                                       Ale przecież   n i c  nie zastąpi obcowania ze słowem pisanym , które ma moc otwierania wszechświata wyobrażeń. Dlatego przypominając przyjaciela, Michasia Ratyńskiego, który był zafascynowany surrealizmem i uprawianiem go na scenie, wracam do wynalazku Guttenberga i wszystkim polecam światy książkowe, na przykład Faulknera, czy Emily Bronte (popadłem w klasyczne czytadła?), nie mówiąc o ulubionym Murakamim i Pamuku ... Więcej grzechów (na razie) nie pamiętam, jak się nie poprawię to...

Ludzie nie chcą wierzyć

 "Ludzie nie chcą wierzyć, dla nich piosenka musi być ważna, będą sobie wmawiać, że to takie ważne, bo chcą być oszukiwani..." "To wszystko jest bardzo smutne, bo wszyscy artyści tak robią. To tylko dowodzi, że mamy rację, że większość sztuki to stek bzdur, a ludzie chcą być oszukiwani, sami dali nam na to przyzwolenie. Założę się, że Picasso też tak robił. Ludzie myślą, że Beatlesi wiedzą w czym rzecz, a my nie wiemy, my tylko się w to bawimy... Ale i tak nikt mi nie uwierzy" John Lenon

... jeszcze o Beatlesach

 ... mimo, że nie stanowili mojego pokoleniowego przeżycia - wolałem od nich mniej wymuskanych     The Rolling Stones, których widziałem parę razy na żywo, to jednak obraz wyłaniający się z książki Hunter Davies jest poruszający, jako świadectwo czasu i mentalności nie tylko na Wyspach brytyjskich. "A day in the Life" nie mógł się pojawić na antenie BBC w związku z podejrzeniem, że zawiera odniesienia do narkotyków, które wtedy także w moim środowisku - myślę o "gandzi" - nie były niczym zdrożnym, a nawet stanowiły przepustkę do wtajemniczonego towarzystwa (wielu zapłaciło za to cenę zdrowia i życianie potrafiąc się zatrzymać). Ale nonkonformizm tej "czwórki z Liverpoolu" nie stracił aktualności do dzisiaj. To przede wszystkim świadectwo, że ukochanej dziedzinie należy poświęcić wszystko i jeszcze więcej nie oglądając się na sukces i pieniądze. Chcemy, aby powstało takie środowisko artystyczne, gdzie niczym pod parasolem ludzie będą mogli tworzyć w dogodny...

... a z książek?

 Zaczytuję się w monografii, zwanej biografią The Beatles Hunter Davies'a.                                             Nie pomnę, czy już wspominałem swoją młodzieńczą przygodę u Marka Garsteckiego w "Largactilu"     na St. Mieście, gdzie w tak zwanym turnieju płytowym reprezentowałem - przeciwko Beatlesom -        The Rolling Stones (widziałem ich cztery razy "na żywca": w Londynie, w Pradze, w Chorzowie i na Bemowie), bo ojciec żeglarz przywoził mi gorące krążki ze swych rejsów do europejskich stolic. Kiedyś to zbuntowane "Kamienie" stanowili moje uosobienie tego, co w rock'n'rollu najwartościowsze -   a dzisiaj doceniam - teksty, ale i muzyczną harmonię "chłopców z Liverpool"... Pamiętajcie, że każde z poniższych zachowań jest surowo wzbronione na scenie: palenie, jedzenie, żucie     i picie... No proszę, taki "dekalog" obowią...

Kelly Boesch

 Nie często mnie cokolwiek interesuje po internetach, lecz to co wyprawia Kelly  Boesch jest koniecznie do śledzenia. Tego by nie było u mnie bez zachwytu surrealizmem (przyjaźń z Michasiem Ratyńskim się kłania, bo to on mnie wprowadzał w arkana). Te historyjki okraszane piosenkami są tak pobudzające wyobraźnię, że powrót do rzeczywistości jawi się jako rezygnacja z poezji na rzecz - niestety - tylko prozy życia. Bywanie w tym świecie rozświetla i energetycznie napędza... Tak, tak - sztuka może być przewodniczką, a jak energetyczną... Poleca się sprawdzić. Oderwijmy się na chwilę od codzienności i nasyceni przygodą filmową róbmy swoje z fantazją i bez marudzenia - bo obcowanie z pięknem docenia nie tylko esteta, ale i każda myśląca istota. Chyba w tej sytuacji nie mam nic więcej do powiedzenia. Sprawdźcie sami...

Muchy

 Kochana Jola Olszewską właśnie przypomina na FB swój debiut (?) w "Muchach" J. P. Saretre'a w mojej skromnej reżyserii... Nie było to mój pierwszy spektakl, bo byłem już chociażby po "Moskwie-Pietuszki", ale pierwszy angaż - u Maisnerowej  w Toruniu - na etacie. Nie pamiętam dokładnie, czy nie prapremiera (czy nie robił tego Hanuszkiewicz?), choć dzisiaj wiem,    że z ideologicznego punktu widzenia wolałbym, by autorem był Camus... Jednak okoliczności, graliśmy to w oryginalnej przestrzeni w podziemiach miejskiego Ratusza,                w średniowiecznej piwnicy, nadawał tej realizacji kształt zdecydowanie oryginalny. A przesłanie brzmiało: "muchy, muchy obłażą"... na wiosnę 1983 roku niedługo po  tak zwanym stanie wojennym musiało brzmieć rewolucyjnie, tym bardziej, że para młodych bohaterów - Jola i Niko Niakas - buntowała się przeciwko władzy... Ja czułem się wtedy - wychowanek, asystent i dyplomant Zapasiewicza, ora...

wolę...

 Wolę czytać niż pisać, ale teraz zamierzam się pochwalić. Właśnie stałem się posiadaczem (za 79,99) autoryzowanej biografii THE BEATLES, czyli idoli mojej młodości; chociaż z wolna - pamiętam "mecz"   w staromiejskim klubie "Largactil" prowadzonym przez Marka Garsteckiego, że reprezentowałem            z własnych płyt (ojciec mi przywoził ze swych żeglarskich rejsów) "Toczące się kamienie" przeciwko czwórce z Liverpoolu (czy ich zaprzysięgłym wielbicielem nie był i pozostaje Przemo Skrzydelski?). Otóż, po latach zamierzam zgłębić u źródła ich życie i twórczość. I pomyśleć, co jest ważniejsze: dzieło, czy historia powstania. Stawiam to pytanie prowokacyjnie, bo jedno drugiemu nie przeczy, a nawet wzajemnie się wyjaśnia. Okoliczności powstania/napisania czegoś mogą rzutować na dzisiejsze sensy, bo objaśniają kontekst. Ale trzeba uważać, by nie popaść w archiwistykę i muzealnictwo; najważniejsze pozostaje wzruszenie         ...

nie ma o czym !?

 Nie ma(m) o czym pisać? Zastanawiam się, czy postawić wykrzyknik, czy znak zapytania...? Bo dzieje się "w realu" tak wiele, że poezji/teatru nie słychać...                                                                                     A może to i lepiej - ja nie o strzelaniu, tylko pisaniu - bo bez powodu czernić papier nie wypada.            Już wspominałem o "muzach, gdy armaty", ale ważne jest także nie zaśmiecanie przestrzeni publicznej -        w czym króluje Facebook, gdzie każdy (?) czuje się upoważniony do "intelektualnych" uniesień. Może powinienem zatytułować tę wypowiedź: "potrzeba samokrytyki", nie wiem? Bo to by była cech bardzo przydatna, gdyby nie "historyczna wiedza", że "nieśmiałych" w dziejach nie brak...

moje pisanie

 Moje tutaj pisanie "admin", czyli dystrybutor witryny, by nie powiedzieć wydawca OPATRUJE CAŁYM SZEREGIEM OSTRZEŻEŃ - to kuriozum, które powinno być piętnowane na wolnym rynku , a świadczy, że mimo popędzenia cenzury urzędole od kontrolowania trzymają się mocno! Czyli? Wolne słowo na rynku ma się tak sobie, bo pilnujących obyczajów nie brakuje i to nie tylko jest Kościół... Wniosek z tego wyciągam, że mimo upadku (?) komuny zniewolone umysły trzymają się mocno. Ciekawe, co by o tym napisał Georg Orwel ? Bo mnie się na to tylko ręka zgina w łokciu. Poszoł won komuchowaty inkwizytorze. 

... a zatem?

 ... czytam i przeżywam... Za oknem coś się dzieje, ale to do do Emily Bronte ma się nijak, a co powiedzieć o Murakamim (the best!), czy moim ulubionym Turku, Orhanie Pamuku , słów mi brak, ale nie przeżyć przez nich wywołanych fikcyjnymi (?) światy... A jeszcze Fiodor (Karamazow) Dostojewski , Czechów , Płatonow - ach, ci ruscy! - i Szekspir , od zawsze zawsze Szekspir nie tylko na scenie, ale         i w kongenialnych przekładach Barańczaka, oraz komplet na półce przekładów klasycznych. Czyli, przewaga zagranicznych, bo z naszych wieszczów, owszem dzieła wszystkie Mickiewicza, Słowacki i oczywiście Stanisławów dwóch: Witkacy i Mackiewicz. A ostatnio gustuję w Japończykach! Co tego wynika? Ano nic, taka - taka moja suplika, która chciałaby wskazywać, że warto: co warto wojewodzie to i tobie... (nie kończę). Oddalam się do lektury.

... e tam

 ... sam siebie pytam, po co to robię? Żeby się uwiecznić w pamięci potomnych? Żarty: to się robi czynem - chociaż Witoldo G (byliśmy przez Kotkowskich spokrewnieni) dał mi przykład jak się zapisywać          w pamięci potomnych; zachowując wszystkie proporcje tylko o strategii napomykam. Miałem, owszem, ambicje młodzieńcze, dlatego po szkolnych ławkach ryłem: tum był dla przyszłego biografa i w liceum nauczycielkę matematyki ze sławnego rodu aktorskiego, Truskolaskich, o czym wiedziałem jako jedyny w klasie, która odpuszczając mi rachunki wieszczyła mi karierę z powodu wygadania... Kariery nie zrobiłem - oj, chyba dobrze - ale nie mam wrażenie, że przechodzę przez życie niezauważony. Bo najważniejsze to być potrzebnym innym, nie żeby zaraz Judymem, ale widzieć dalej swego nosa trzeba... O tym, oczywiście, powinni świadczyć inni, a nie "przed lustrem" zwierzenia. Tak się złożyło, że z racji fachu byłem osądzany publicznie po gazetach - i co wieczór na sali ...

odpowiadam sam sobie, bo kogo to jeszcze może obchodzić?

 Zatem: czytać, czytać i myśleć o innych czerniących stronice, bym mógł się odnajdywać we wspólnym egzystencjalnym bycie. Bo pisanie, drodzy towarzysze (niedoli), to zapisywanie doświadczeń, które innych może wyzwolić.        Z czego? Z tego, co jest, i co błąka się po umyśle... Wspólnota doświadczeń działa terapeutycznie, bo pokazuje, że nie jesteśmy sami w kłopocie. I nawet jeśli to nie będzie ręka wyciągnięta dla potrzeb, to taka refleksja daje więcej sił do uporania się z tym, co zawsze. Szukajmy wspólnoty jeśli nie u sąsiadów to u pisarzy - oni coś wiedzą, co nam się przyda do podawania dalej - optymizmu!

pisać, czy?

 "Pisać, czy nie pisać? Krawat mieć ślicznie zapięty!" Nie noszę krawatki, ale zamiast smarować po internetach wolę zanurzyć się w świecie z wyobraźni zawartym w książkach... Tym bardziej, że półki się uginają od mądrości na papierze. Warto by je wcielać w praktyce, oj warto.

KELLY BOESCH

Ostatnio tak się porobiło, że dużo siedzę po internetach, co samo w sobie nie jest do polecenia, bo lepiej czytać, ale i tam zdążają się perełki, które polecam. Kelly Boesch jest autorką tego czegoś, co mnie zachwyca swą wyobraźnią surrealistyczną i bezgraniczną fantazją poszerzającą horyzont percepcji i doświadczenie ze sztuką. Nie jestem specjalistą tylko  e s t e t ą  wyczulonym na piękno i jako reżyser uwielbiam dobrze skonstruowaną historię i dramaturgię postaci.                                                                                                   U niej to wszystko znajduję, bez tekstu, zatem środkami czytelnymi dla wielu, choć w wyrafinowanej formie i ironicznej treści. Poczucie humoru jest jej zaletą niezaprzeczalną...

czytam...

 Czytam, czytam i czytam, a czy coś z tego mam?                                                                                           Oj, nieładne pytanie, a zadane, by nie kompromitować się - Heidegerowskie się" - przed sobą, bo opinia innych mi "zwisa" - sam dla siebie jestem wyrocznią, i to się w praktyce sprawdza. Na przykład, jako reżyser, gdybym się spuszczał na zdanie krytyka (sorry, Przemo S.) to nie wybrnąłbym z problemów, które stawia dramaturgia i brać aktorska, która pyta, ale musi mieć  p r z e w o d n i k a, któremu zaufa; bez tego tylko "kreacja zbiorowa", czyli współczesny młody teatr, który ani do rozumu, ani do wrażliwości mojej (gdy publika nie dowaliła, to znaczy, że jednak jest problem) nie przemawia. Owszem, jest pewien problem. E...

autoreklama...

 Fejsbunio, czy jak mu tam straszy /ostrzega przed moim blogiem, że "zawiera treści kontrowersyjne". Brawo! Nie mam sobie nic do zarzucenia, ale wiadomo, że reklama jest dźwignią... Ja tylko o teatrze i od czasu do czasu o artystach - co myślę, a tu proszę, należy ostrzegać. Gdybym zarozumiale uznał, że w dobie gadania "ogródkiem" ja przemawiam prosto z mostu, to takie ostrzeżenie administratora miałoby podstawy na rynku konformistycznym, ale z wolna, moje ambicje są usytuowane gdzie indziej. Czyli co? Ano, totalniactwo, bo jeszcze nie cenzura prewencyjna, lecz rozpowszechnianie przekonania, że Wielki Cenzor czuwa. Pociecha w tej grotesce jest taka, że niejaki Kato Starszy był sławny już w Rzymie, a imię jego znaczyło mądrala ... Tak to czemu nie! 

na wiosnę

  ... zamiast liści będą spadać komuniści ... czy jakoś tak skandowało się roku pamiętnego twarzą w twarz  w hełmach przed zwartymi formacjami ZOMO (ktoś jeszcze pamięta "zmilitaryzowane oddziały milicji obywatelskiej") na moment przed podaniem tyłów i ucieczką z manifestacji patriotycznej w oparach gazu łzawiącego? No, właśnie, patriotyczna piosenka dziś ma zmieszaną tonację i nie bardzo wiadomo komu należy się medal (za to do mnie zgłoszono się w sprawie kombatanckich zasług Ojca, lecz ja nie nadstawiam biusta za czyjeś, bo w sprawie Ojczyzny należy służyć bez wynagrodzenia). A przecież wojna - domowa - trwa i nie bardzo wiadomo kto zwycięża. To rzecz sumienia i najprostszego rozstrzygnięcia: trza być z bitymi przeciwko (zawsze) bijącym! Dlatego moja misja znalazła się na outcie, bom za stary na knucie, a smarowanie po internetach ma, nie mam złudzeń, żadną skuteczność. Róbmy swoje - zamiast "co chceta", bo w Ojczyźnie jest wiele do posprzątania, niekoniecznie z d...

czytam Jacka Dehnela

Elegancik, niewątpliwie... Stylizuje się na Oskara Wailda, choć na okładce szpanuje Balzakiem - że niby taki obyty z tym, co ogólnoludzkie, a w rezultacie bardzo swojskie.                                                          "To co Marylce wydawało się mało istotne" ma nas przywiązać do lektury emocjonalnym węzłem; czyli literackim sposobem. Każdy, kto spędza życie na tworzeniu idealnej maski, gładkiej powierzchni jest trawiony przez sekretną chorobę, z którą przed nikim nie może się zdradzić... musimy się dopatrzeć sekretnych namiętności.  No właśnie, nie zamierzam gostka lustrować erotycznie, ale zakrawa mi to na coming out. I dobrze. Pytanie, czy to zabieg marketingowy - wiadomo że środowisko jest liczne - czy potrzeba świeckiej spowiedzi? Chodzi mi o to, że we współczesnej literaturze i teatrze takie "nóżki na stół" raczej mog...

pisać, czy...?

 "Pisać, czy nie pisać, krawat mieć ślicznie zapięty..." to "MARIONETKI" C. K. Norwida - poleca się przypominającą lekturę i pytanie do samego siebie... Bo przecież czernienie papieru (no, dobrze, w Sieci to nie to samo) w założeniu czerniącego powinno mieć jakiś pozytywny  s k u t e k  - np. przemianę rzeczywistości (przypomina się duński książę z jego rolą jaką przypisywał teatrowi: "pułapce na myszy", czyli na sumienie zdradzieckiego króla.                                                                                                     Dziś w zalewie blogów i publicystyki każdy może się wywnętrzniać, ale kto to czyta i jaki jest tego skutek? Nie wiem, ale wątpię... Moja motywacyjna jest bardzo skromna: nie tyle naprawa ś...

co daje... czytanie?

 ... Głupie pytanie, nieprawdaż? Po pierwsze oderwanie się od rzeczywistej marności zza okna ... Nigdy w - dobrych - książkach nie jest tak kiepsko jak w życiu. Bo tu jesteśmy uwikłani w sieci powiązań, którym na bieżąco często nie jesteśmy w stanie sprostać, a na stronach z papieru - hulaj dusza, wyobraźnia może poszaleć, nawet obok autora.  Bo książka - powieść to nie sprawozdanie z życiowych perturbacji - dobrze jeśli jest w nich zakorzeniona - ale uogólnienie życiowych wzlotów i upadków, z których jakaś nauka wynika dla czytelnika...            Nie piszę o pouczaniu, czy drętwej dydaktyce, tylko o emocjonalnym przeżyciu, które pozwala mi się utożsamiać z bohaterem, przejmować jego losem, a nawet unikać jego błędów (z tym gorzej, bo błędy najczęściej trzeba brać na klatę samodzielnie). Dlatego bez książek byłoby bezradniej; kiedyś, w tzw. kulturze oralnej funkcjonowały autorytety, od których można było nabyć wiedzy, jak to się może skończyć; ...

o PRZYJAŹNI...

 Dzisiaj, 14 marca w kalendarzu imieniny Michała; to najlepsza okazja, by wspomnieć Przyjaciela. Michał - zwany Michasiem - Ratyński był moim zaufanym kumplem w PWST na Reżyserii - po Szkole Filmowej w Łodzi i asystenturach u Wajdy (podobno mistrzunio wyrzucił go kopniakiem z "Ziemii obiecanej"). Był niewątpliwą  o s o b o w o ś c i ą  z dobrym sercem i tzw. trudnym charakterem, który objawiał się tym, że miał zwyczaj mówić ludziom prosto w oczy, co o nich sądzi, bezkompromisowo ! W czasie egzaminów do PWST w holu Szkoły padł przed Zapasiewiczem na klęczki z jakąś apostrofą      o konieczności bycia tu i teraz, a Zapas - wprawdzie dopiero wieczorem na bankiecie u Strzemżalskiego Jacka wygłosił "oracją" - najpierw do mnie: "nie denerwuj się, już jesteś przyjęty" (to było po pierwszym dniu wielodniowych egzaminów), a do Michała: "w pańskiej sprawie na ręce komisji wpłynęła rekomendacja od Andrzeja Wajdy...", na co Michał: "wiem (troszku się za...

... kontynuując

... Kontynuując temat różnych niedoskonałości jestem zdania, że te z pamięcią, czyli moje zmartwienia, bywają zbawienne... Bo rzeczywiście zapominam krzywdy i świństwa, których mi nie szczędzono, ale mózgowy cenzor usuwa je automatycznie. Była o ile dobrze pamiętam nowela Mrożka, w której bohater zapominał wyrządzane innym świństwa       i chodził po świecie jak ta niewinna-boska istota. Czyli nie brałbym piguł na tę przypadłość, chodził po mieście niewinny, ale nie chwaląc się jakoś. Pytanie, czy o sobie w ogóle należy publicznie? Otóż nieco prowokacyjnie rozpoczynając ten wpis chcę napisać, że tylko tak... Nie ma w twórczości lepszego wyjścia, jak uczynić  s i e b i e  tematem dzieła. Witold G. dał temu najlepszy przykład. Ale, ale z tego nauka pewna wynika: należy  b y ć  k i m ś  by innym o sobie napomykać.                            I teraz pytanie, kto o tym "byciu" rozstr...

skleroza...

 Nie, nie będzie to wyznanie zbyt osobiste, lecz próba zracjonalizowania przypadku. Z upływającym czasem mojego wieku nie ubywa, ale wypadków "przy pracy" - owszem. Zapominam,   po prostu było i nie ma - bez kalendarza z rozkładem tygodnia dawno bym się pogubił, szczególnie               w rachunkach.                                                                                                                                             Czyżby skleroza? Zwolna, zwolna... Chcę tu powiedzieć, że to przypadłość, w pewnych okolicznościach, bardzo zdrowa! Chodzi o tak zwane międzyludzkie stosunki: wiad...

mój blog

... Mój blog jest przedstawiany w Sieci jako " kontrowersyjny "... Czy można sobie wymarzyć lepszą reklamę? Zatem poważnie: nie siedzę we łbie "Admina" i nie mam pojęcia kto i z jakich pozycji go dmucha do takich poczynań. Mogę jedynie uprzejmie przypomnieć, że cenzura jest u nas z a k a z a n a i każdy łamiący prawo sam się ośmiesza wystawiając na pośmiewisko. Miałem już kiedyś takiego "ober majstra"    z witryny publicznej e.teatr - i co? Słuch po nim zaginął, a ja robię swoje i dla wielu czytelników - mam   o tym sygnały - jest to robótka pożyteczna. Bo jedynie wolna polemika z przykazaniami władzy - każdej władzy! - daje nam, suwerenowi, przypominam, poczucie sprawczości i kontrolę urzędolenia... To byłoby śmieszne, gdyby nie działo się naprawdę, lecz to nie zmienia mojego myślenia. Będę robił co mi dyktuje  s u m i e n i e - bo to jest jedyny mój sędzia. Reszta nie będzie milczeniem!

czy?

 ... coraz więcej pytań! Czy w czasie marnym lektury mogą zastąpić rzeczywistość? Zależy jaką? Twierdzę, że  t a k  jeśli abstrahujemy od codzienności i uwikłań. Bo z książki nie zapłacę rachunków, ale mogę dostać wsparcie w szeregu uwikłań życiowych i rozwiązań spraw teoretycznie nierozwiązywalnych. A to daje napęd prawdziwie egzystencjalny. Poza tym, nie wątpię, że z baśni bardzo wiele wynika dla życia, tylko trzeba umieć je czytać - nie przeżuwać a przeżywać... Nawet - czemu nie - się utożsamiać. Ileż, pamiętam, miałem wzruszeń - sorry, to będzie intymne wyznanie - gdy na stronach historii powieściowej o Myszkinie odnajdywałem siebie, bo nie szło o majątek ani pochodzenie, lecz to, co filozofowie nazywają aksjologią, a czytelnik przeznaczeniem. Posunę się dalej: dobra, wartościowa literatura - to według mnie - opis mojego życia (tak do mnie przemawia, że się utożsamiam). I to nie jest żadne "fiksum-dyrdum" tylko znajomość psychiki u prawdziwych artystów. Czy Platon, ...

... jak to było?

Jak to było u Norwida w rapsodzie o Bemie? Nic nie pisać i " krawat mieć ślicznie zapięty "... A kto powiedział, że " mowa pęka ", czy nie Ludwig Wittgenstein? To po co ta męka - nad pustą kartką? Aby dać świadectwo... "i to tak w kółko, w kółko, w kółko" - jak przewidziała Iwonka u Gombrowicza. To co ja mogę?

... ja tu

 Ja tu gloryfikuję czytanie, z zastrzeżeniem, że jeśli ma odrywać - czemu nie? - od kiepskiego tego, co jest (za oknem i w ogóle), to proszę bardzo, ale na własną odpowiedzialność . Rzecz w tym, że tak zwana realność jest pełna niesprawiedliwości i kantów, co domaga się zabierania głosu (jeśli "wołającego na puszczy", to przecież obowiązek intelektualisty). Nawet jeśli brak mi złudzeń, co do skuteczności,         to rezygnację z tego nazwę koniunkturalizmem i zwykłym tchórzostwem... Żyjemy, niestety, w czasie nie sprzyjającym filozofom, bo za oknem raczej świst rakiet niż zaproszenie   do debaty. Platon miał swój gaj, gdzie, przynajmniej przez moment, nie słychać było dźwięku armat i jęku męczonej myśli, dlatego mógł uprawiać eskapizm, jakże pożyteczny. Ale - sorry za przefantazjowane porównanie - w dzisiejszej Ukrainie to nie zdałoby się na nic. W czasie "drugiej światowej" mieliśmy w Warszawie bohaterkich poetów "rzuconych na szaniec", którzy nie mieli...

nowe / stare, ale jare...

 Nowe, choć stare lektury to dzisiaj dla mnie Nabokow Vladimir z " Rozpaczą "... O szaleńcu? Wydawca zachwala, że bohater zamierza dokonać morderstwa swojego sobowtóra...    Jeszcze nie doczytałem, ale coś mi się wydaje, że to nie kryminał, ale podświadomość , bo zabójstwo części swego ego to Freud, który wskazywał na tatusia. Literatura to miłość  deklaruje Rosjanin, zapalony szachista, i jeden z najważniejszych pisarzy ubiegłego wieku. "Rozpacz" jest (?) / była zakazana w prototypowym państwie policyjnym - bo? "Kiedyś twierdziłem - pisze Autor - że komunizm jest na dłuższą metę czymś wielkim i niezbędnym, że nowa Rosja Radziecka tworzy wartości wspaniałe, jakkolwiek niepojęte dla umysłów ludzi Zachodu i niemożliwe do przyjęcia dla radykalnie zubożałych i rozgoryczonych emigrantów, że historia nie znała dotąd takiego entuzjazmu, takiej wiary w nadchodzące ujednolicenie wszystkich". Attention! Czy to nie uniwersalny problem każdego, kto ma problem ze sobą;...

no tak...

 Paniom w dniu ich święta nie tylko "goździka", ale mnóstwo uczucia , bez którego więdnie najbardziej rozdęta męska pycha , co świat wywracała nie tylko pod Troją - na imię mając Helena - ale i cel do zdobycia, bo cóż bardziej znaczącego od serca niewieściego, choćby kozikiem wyrzezanego na korze życia - no nic, nic temu nie dorówna... W ileż męskich głupstw obfituje historia, gdy samiec z samcem nastroszyli pióra i... za łby; ej nie będę tu lamentował, bo przecież może być to sens życia, jeśli zbiorowego przeżycia nie będzie się wypiętrzało ponad prywatne. Chodzi mi o to, że każda publiczna korzyść powinna się składać z indywidualnych radości, bo służba służbą, ale warto mieć coś z życia , a to nam najczęściej przynosi / lub zabiera kobita... Czyli: z nimi bywa kiepsko, ale bez nich jeszcze gorzej - że o prokreacji nie będę wspominał. Oj bida nam bida, gdy podpadniemy, dlatego dbajmy o te skarby nie tylko 8 marca. Moja deklaracja jest jak najszczersza!

bezet

 W ramach propagowania tu wynalazku Gutenberga i przemęczania oczu "cynglami" na nosie uprawiam niepoprawnie  c z y t a n i e - składanie literek w całości otwierające ziemie niczyje i stymulujące wyobraźnię. Jako reżyser także byłem tego niewolnikiem, bo bez inteligentnego "rozczytania" tekstu nie ma szans na widowisko z biglem. Rzecz wydawałaby się oczywista, gdyby nie rozpowszechniająca się po teatrach maniera na "pisanie na scenie", czyli, jak rozumiem,  i m p r o  bez egzemplarza dramatu - czy nie Demirszczak był tego orędownikiem? Jest to  g ł u p o t a  tracąca amatorszczykiem ... Tekst jest podstawą, bo w nim jest zawarta  m y ś l, którą przetwarzamy na własny użytek, lub dajemy widzom w teatrze do inspiracji: wzruszeń, lub poruszenia sumienia - znowu przywołuję tego faceta         z czaszką Yorika i serią niewygodnych pytań... Jako były uczeń Zapasiewicza nie zapomnę jak on umiał czytać wydobywając z tekstu drugie i kolejne...

uparcie...

Uparcie będę propagował  c z y t a n i e  zamiast oglądactwa , czyli książki pod ręką, a nie własne dup.ko na fotelach w teatralnych tingel-tanglach.                                                                                                        I to nie jest sugestia zgorzkniałego starca tylko doświadczenie z "niejednego pieca" wynikłe, bo dzisiaj teatr - jaki jest - spasował z poziomu i rozwoju intelektualnego "lecąc" łatwym i przyjemnym do przeżucia towarem, by się podobać - to znaczy dobrze sprzedać . I to dotyczy nawet takich "buntowszczyków" jak Janek, z czubkiem, K. który zachowując pozory tylko    przy.....la na gitarach, by mu młodzi basowali, a nie byli prowokowani do myślenia. I nawet jeśli jem...

nauki Zapasa

 ... już chyba o tym wspominałem, ale zapomniałem: mój ukochany profesor i dyrektor, Zbigniew Zapasiewicz uczył nas, że każdy utwór dramatyczny należy analizować z aktorami jak gdyby to był kryminał , czyli: kto zabił i jakie były tego przyczyny, bo to jest powód wzbudzenia zainteresowania publiki.                                                                                                                                                       Piszę o tym dlatego, że w sztuce można/należy posługiwać się "sposobami" sprawdzonymi wcześniej, niekoniecznie szczerość jest najlepszą metodą eksplikacji, która chw...

to może Suworow?

 Wracam do "Żmijojada" Wiktora Suworowa, dysydenta z GRU do Wielkiej Brytanii, którego porzuciłem, ale coś czuję, że to historia aktualna - "jak w pysk", by przywołać zawołanie "mołodjożnych angolców". O walce Stalina z Jagodą, generalnym komisarzem bezpieczeństwa państwowego, czyli samo życie - do śmierci - w ZSRR.                                                                                                                                       Czy się wiele zmieniło, przynajmniej na szczytach władzy? Śmiem wątpić, choć oczywiście dzisiejszy terror odbywa się w białych rękawiczkach i już nie słychać jęków zeków z Kołymy; ale ludzie znikają   ...

O...

  O "Żmijojadzie" Wiktora Suworowa napiszę później, bo dopiero czytam o roku 1936 w ZSRR, gdy Stalin bierze się za bary z NKWD i dowództwem Armii Czerwonej, czyli "wchodzi do historii" jako czyściciel własnej kadry i towarzyszy. "Lokomotywa dostarczyła wagon więzienny na ślepy tor Dworca Kijowskiego w Moskwie. Długa limuzyna podjechała pod same drzwi wagonu. Aresztowaną wepchnięto na tylne siedzenie. Ręce w kajdankach na głowie brezentowy płaszcz. I gdzieś wiozą... I cisza. Gdzie ją przywiało pomyślała Nastia. W prawym rogu toaleta. Nie ma nieprzyjemnych zapachów, wszystko czyste. Światło nie oślepia. Więzienną celę wyobrażała sobie zupełnie inaczej". A jednak..."

to ja sobie, póki co, poczytam

 Jako niepoprawny książkowy mól - samemu sobie i innym - polecam, by nie przegapiać Cortazara           z "Niespodziewanych stronic", odnalezionych po śmierci Autora, ulubieńca przyjaciela, Lecha Raczaka. " Poczułem, że żyjemy za sprawą przypadku, że nasze kojące reguły są otoczone i zagrożone przez niezliczone szeregi wyjątków, trafów i błędów "... Czyli jesteśmy w samym środku dyskusji                       o determinacji, lub wolnej woli: problem egzystencjalny, w dobie podnieceń wojennych na czasie,          bo w przypadku trąbki mobilizującej mało kto zadaje trudne pytania.                                                         Na przykład: być albo nie być przestało być neurotyczną wątpliwością duszy poetyckiej z książką, gdy rakiety ...

to do meritum...

 Skoro nie wybieram się na wojnę to przynajmniej agituję za działalnością, która mniej kosztuje,               a odkłada się w umyśle na same pożyteczne role: od imponowania swojej lubej do zadawaniu szyku na przykład w Instytucie Teatralnym (żartuję)... Taki na przykład Julio Cortazar tak się czule wywnętrza o sobie: Wyjść można od czegokolwiek, od pudełka zapałek, wiatru na dachu, od etiudy numer 3 Skriabina, od bajki o kocie w butach; niebezpieczeństwo tkwi w tym, że potem  t r z e b a  dotrzeć, nie bardzo wiadomo do czego, ale dotrzeć. Nie ma rozprawy o metodzie, bracie, wszystkie mapy są zwodnicze poza tą serca ...                         Rozglądanie się dookoła nic nie da ponieważ to gdzieś jest tutaj, jest mapą serca, tak rzadko wysłuchiwanego, jako punkt wyjścia, który jest miejscem przybycia... W czuwaniu jest południe serca zatopionego w codzienności. Ta meto...

jak to na wojence ładnie, kiedy ułan...

 Znamy tę piosenkę, która "grzała" naszych - przynajmniej moich - rodziców, gdy ojczyzna była               w niebezpieczeństwie, a dzisiaj? Kiedyś czytałem  ankietę, w której studenci na pytanie o swój ewentualny udział w wojnie odpowiadali, że raczej by "spier-papier"...                                                            I trudno im się dziwić: wszystko związane z wartościami patriotyzmu zostało obśmiane, bo nie służy bogaceniu portfela, czyli przedsiębiorczości. Z jednej strony to dobrze, że młody człowiek zamiast "przysposobienia wojskowego" uczy się języków     i ekonomii w praktyce, ale przykład Ukrainy dowodzi, że zawieszenie na kołku ducha rycerskiego może się skończyć ruskim najazdem. Na szczęście nie jestem od tego, by się kompetentnie wypowiadać na temat wydatków bud...

czy...?

 Czy skoro każdy widzi - każdy, doprawdy ? - że jest tylko gorzej, to czy sztuka cokolwiek może? Oczywiście znamy z historii postawy artystów zaangażowanych, niektórzy nawet poświęcali życie za bycie w zgodzie z tym, co głosili.                                                                                                                  Czy świat się od tego zmienił? Ależ skądże! Czy w takim razie zamykać się po pracowniach i tylko tworzyć? Pytanie retoryczne! Świadomy siebie i czasu, w którym żyje twórca nie może się zamykać na to, co za oknem. Nawet, gdyby nie chciał, to wrażliwość musi go kierować ku temu czym żyje wspólnota, inaczej sam siebie skaże na margines. Nie namawiam kogokolwiek na poli...

już się nie złoszcząc...

... już się nie złoszcząc na teatr, który jest, bo innym być nie chce, albo nie umie - ja sobie poczytam to, co mnie "kręci" i robi mądrzejszym od tego, co usiłują sprzedać "organizacje widowni". Dlaczego miałbym się spodziewać na przykład po Jasiu K., że odpuści ambicji i zacznie czytać literaturę, a nie własne wariacje, i popisywać się nimi...                                                                                        Owszem, teatr zna pojęcie inscenizacji , lecz jeśli odstaje ona poziomem myślowym od oryginału, to trzeba by ją kwalifikować raczej jako egotyczne popisywanie się.                                                    ...

wyrażając...

Wyrażając swoją dezaprobatę dla współczesnego naszego teatru nie popadam w antyintelektualizm ,  lecz chcę podkreślić, że za swego długiego życia widziałem lepszy: mądrzejszy teatr   i bliższy temu czym żyjemy; nie piszę o publicystyce, bo w tę nasze teatrały same popadają bez świadomości, ale o "wąchaniu czasu" (kto to powiedział?), czyli byciu za pan brat z wydarzeniami egzystencjalnymi. Uważam, że w sztuce lepsza jest droga od "ogółu do szczegółu" niż odwrotnie. Tylko metafora daje  spojrzenie uogólniające, poszczególne egzemplifikacje gubią się w natłoku zdarzeń. Domyślam się, że Hamlet po XX zjeździe mówił współczesnym więcej o świecie niż nasze "post-teatry". Pranie sumienia jakie zafundował królowi i matce duński książę była - to ciągle aktualna psychodrama - dotkliwsza niż nasze tu teatralne deklaracje polityczne płynące ze sceny, bo na widowni siedzą obywatele, że się tak wyrażę, różnej konduity. Becket każąc czekać swym bohaterom mówił o naszej k...

inter arma silent Musee

 W czasie wojny Muzy milczą! Ale, czy powinny? Przykład chociażby Baczyńskiego, czy Trzebińskiego przemawia za tym, że to byłaby strata dla kultury i naszego pojmowania świata straumatyzowanego, bo opis ze środka piekła jest wartościowszy od obiektywnego.                                                                     Mam na półce chociażby Oksanę Zabużko, Ukrainkę, czy dramaty z temu "Insekt", które są świadectwem tego, co się dzieje poza narracją heroiczną, o człowieku obnażonym. Mój ulubiony pisarz Albert Camus też krążył wokół tych zagadnień. Byłoby, oczywiście, lepiej gdybyśmy nie musieli czytywać takich świadectw, ale nawoływania o pokój     i rozbrojenie kończą się zawsze tym samym: agresją na słabszego. Skoro na olimpiadach bierzemy się za bary w imię dumy narodowej, flagi i hymnu, to trudno s...

bez t.

 ... "stwierdziła, że chłopcy uważają wszystkie dziewczyny za brzydkie, o ile nie są ubrane . Powiedziała, że wąż przez kilka dni przebywał w towarzystwie Ewy, ale zauważył ją dopiero wtedy, kiedy Adam kazał jej przywdziać listek figowy; wąż już tam był, bo to jego Bóg strącił z nieba..."            William Faulkner