Nie, nie będzie to wyznanie zbyt osobiste, lecz próba zracjonalizowania przypadku.
Z upływającym czasem mojego wieku nie ubywa, ale wypadków "przy pracy" - owszem. Zapominam, po prostu było i nie ma - bez kalendarza z rozkładem tygodnia dawno bym się pogubił, szczególnie w rachunkach. Czyżby skleroza? Zwolna, zwolna... Chcę tu powiedzieć, że to przypadłość, w pewnych okolicznościach, bardzo zdrowa!
Chodzi o tak zwane międzyludzkie stosunki: wiadomo, że życiowa wędrówka potyka się tu i ówdzie o niechęć bliźniego, a nawet jego knucie. Ileż to razy otrzymywałem sygnał, że ten osobnik - na przykład aktor - kiedyś może nie żeby mnie zwyzywał, ale plotkował i rzucał egzemplarzem, co w naszej robocie znaczy utratę zaufania.
I dobrze! Każdy z osobowością ma prawo do charakteru. Ja wiem, że to utrudnia pracę zespołu, ale indywidualność w "artystyce" to rzecz nie do przecenienia. Lubię "buntowszczyków", bo to są indywidua...
Dzisiaj piątek, ale w tym kontekście wspominam Poniedziałka Jacka (głupi żart); nigdym z nim nie pracował, ale na przykład moja była żona - sorry, kurtyna, chcę powiedzieć, że to jest właśnie przykład. Ma charakterek, niech go cholera, i nie jestem od tego, by mieć się za jego wielbiciela, lecz odwaga mu sprzyja.
Spotkałem się kiedyś w Toruniu z aktorem, który przy realizacji Gretkowskiej przyszedł do mnie po pierwszych próbach i powiedział: panie reżyserze ten tekst jest sprzeczny z moimi przekonaniami - i musieliśmy się rozstać. I dobrze. Podkreślam: teatr to nie tylko robótka rzemieślnicza, ale i kawał sumienia.
To pewnie niemodne o czym usiłuję tu przekonywać, ale aktorstwo było kiedyś manifestacją przekonań.
Nie wiem, czy to dobrze, bo kto by miał zagrać na przykład takiego Jagona Szekspira? Kutafonów w naszym środowisku nie brak, ale żeby aż tak się obnażać?
Tym bardziej, że mój ukochany "Zapas" często nas przekonywał, że granie złego - "czarnego charakteru" jest ciekawsze od lukru. I miał rację.
A pointa? Będzie bez pointy...
Komentarze
Prześlij komentarz