Przejdź do głównej zawartości

Posty

... a zatem?

 ... czytam i przeżywam... Za oknem coś się dzieje, ale to do do Emily Bronte ma się nijak, a co powiedzieć o Murakamim (the best!), czy moim ulubionym Turku, Orhanie Pamuku , słów mi brak, ale nie przeżyć przez nich wywołanych fikcyjnymi (?) światy... A jeszcze Fiodor (Karamazow) Dostojewski , Czechów , Płatonow - ach, ci ruscy! - i Szekspir , od zawsze zawsze Szekspir nie tylko na scenie, ale         i w kongenialnych przekładach Barańczaka, oraz komplet na półce przekładów klasycznych. Czyli, przewaga zagranicznych, bo z naszych wieszczów, owszem dzieła wszystkie Mickiewicza, Słowacki i oczywiście Stanisławów dwóch: Witkacy i Mackiewicz. A ostatnio gustuję w Japończykach! Co tego wynika? Ano nic, taka - taka moja suplika, która chciałaby wskazywać, że warto: co warto wojewodzie to i tobie... (nie kończę). Oddalam się do lektury.
Najnowsze posty

... e tam

 ... sam siebie pytam, po co to robię? Żeby się uwiecznić w pamięci potomnych? Żarty: to się robi czynem - chociaż Witoldo G (byliśmy przez Kotkowskich spokrewnieni) dał mi przykład jak się zapisywać          w pamięci potomnych; zachowując wszystkie proporcje tylko o strategii napomykam. Miałem, owszem, ambicje młodzieńcze, dlatego po szkolnych ławkach ryłem: tum był dla przyszłego biografa i w liceum nauczycielkę matematyki ze sławnego rodu aktorskiego, Truskolaskich, o czym wiedziałem jako jedyny w klasie, która odpuszczając mi rachunki wieszczyła mi karierę z powodu wygadania... Kariery nie zrobiłem - oj, chyba dobrze - ale nie mam wrażenie, że przechodzę przez życie niezauważony. Bo najważniejsze to być potrzebnym innym, nie żeby zaraz Judymem, ale widzieć dalej swego nosa trzeba... O tym, oczywiście, powinni świadczyć inni, a nie "przed lustrem" zwierzenia. Tak się złożyło, że z racji fachu byłem osądzany publicznie po gazetach - i co wieczór na sali ...

odpowiadam sam sobie, bo kogo to jeszcze może obchodzić?

 Zatem: czytać, czytać i myśleć o innych czerniących stronice, bym mógł się odnajdywać we wspólnym egzystencjalnym bycie. Bo pisanie, drodzy towarzysze (niedoli), to zapisywanie doświadczeń, które innych może wyzwolić.        Z czego? Z tego, co jest, i co błąka się po umyśle... Wspólnota doświadczeń działa terapeutycznie, bo pokazuje, że nie jesteśmy sami w kłopocie. I nawet jeśli to nie będzie ręka wyciągnięta dla potrzeb, to taka refleksja daje więcej sił do uporania się z tym, co zawsze. Szukajmy wspólnoty jeśli nie u sąsiadów to u pisarzy - oni coś wiedzą, co nam się przyda do podawania dalej - optymizmu!

pisać, czy?

 "Pisać, czy nie pisać? Krawat mieć ślicznie zapięty!" Nie noszę krawatki, ale zamiast smarować po internetach wolę zanurzyć się w świecie z wyobraźni zawartym w książkach... Tym bardziej, że półki się uginają od mądrości na papierze. Warto by je wcielać w praktyce, oj warto.

KELLY BOESCH

Ostatnio tak się porobiło, że dużo siedzę po internetach, co samo w sobie nie jest do polecenia, bo lepiej czytać, ale i tam zdążają się perełki, które polecam. Kelly Boesch jest autorką tego czegoś, co mnie zachwyca swą wyobraźnią surrealistyczną i bezgraniczną fantazją poszerzającą horyzont percepcji i doświadczenie ze sztuką. Nie jestem specjalistą tylko  e s t e t ą  wyczulonym na piękno i jako reżyser uwielbiam dobrze skonstruowaną historię i dramaturgię postaci.                                                                                                   U niej to wszystko znajduję, bez tekstu, zatem środkami czytelnymi dla wielu, choć w wyrafinowanej formie i ironicznej treści. Poczucie humoru jest jej zaletą niezaprzeczalną...

czytam...

 Czytam, czytam i czytam, a czy coś z tego mam?                                                                                           Oj, nieładne pytanie, a zadane, by nie kompromitować się - Heidegerowskie się" - przed sobą, bo opinia innych mi "zwisa" - sam dla siebie jestem wyrocznią, i to się w praktyce sprawdza. Na przykład, jako reżyser, gdybym się spuszczał na zdanie krytyka (sorry, Przemo S.) to nie wybrnąłbym z problemów, które stawia dramaturgia i brać aktorska, która pyta, ale musi mieć  p r z e w o d n i k a, któremu zaufa; bez tego tylko "kreacja zbiorowa", czyli współczesny młody teatr, który ani do rozumu, ani do wrażliwości mojej (gdy publika nie dowaliła, to znaczy, że jednak jest problem) nie przemawia. Owszem, jest pewien problem. E...

autoreklama...

 Fejsbunio, czy jak mu tam straszy /ostrzega przed moim blogiem, że "zawiera treści kontrowersyjne". Brawo! Nie mam sobie nic do zarzucenia, ale wiadomo, że reklama jest dźwignią... Ja tylko o teatrze i od czasu do czasu o artystach - co myślę, a tu proszę, należy ostrzegać. Gdybym zarozumiale uznał, że w dobie gadania "ogródkiem" ja przemawiam prosto z mostu, to takie ostrzeżenie administratora miałoby podstawy na rynku konformistycznym, ale z wolna, moje ambicje są usytuowane gdzie indziej. Czyli co? Ano, totalniactwo, bo jeszcze nie cenzura prewencyjna, lecz rozpowszechnianie przekonania, że Wielki Cenzor czuwa. Pociecha w tej grotesce jest taka, że niejaki Kato Starszy był sławny już w Rzymie, a imię jego znaczyło mądrala ... Tak to czemu nie!