Po internetach peregrynując znajdują hasło: "żyj, kochaj, idź do teatru"... Też coś!? Na pierwsze dwa zawołania - owszem, ale czy wypada mieszać do tego komediantów? Sam poniekąd do nich należę, zatem to nie jest obraza, ale raczej rachunek sumienia. Dobrze, odłożyłem z emerytury zaskórniak, ale w dalszym ciągu nie jestem pewien wydatku - pies trącał moniaki, ja o szarych komórkach... Kiedyś ("mój") teatr prowokował, ale i rozwijał intelektualnie: był zakorzeniony w lekturach, które już się sprawdziły nie tylko w szkole, ale i w umysłach, a dziś? Wiem, wiem, każde pokolenie potrzebuje swoje bożyszcza, lecz czy to musi oznaczać obniżanie kryteriów? Przecież poza gustem (ten jest indywidualny i nie podpada pod wspólny mian...
Beatlesi Beatlesami, no dobrze, ale gdzie na mojej półce nowy Pamuk, Maray, nie mówiąc o Japończykach? A Thomas Bernhardt tylko dla Lupy? Zbliża się moja rocznica, zatem hajda po EMPiKach. Świerze bułeczki "bułeckami" - nawet z serkiem, ale nic nie zastępuje strawy duchowej tych i innych czerniących papier. Zatem? Do księgarni (mam taka jedną niedaleko z przyznanym mi rabatem, a poza tym do IT dawno nie zaglądałem). O wydatkach będzie sprawozdawane!