Przejdź do głównej zawartości

Posty

czytam...

Czytam o naszej historii niejakiego Davisa Normana i tak sobie - jako niezbyt zdolny uczeń Stefana Mellera - dumam; czy to jest nauka obiektywna? Czy o  f a k t a c h, czy  d o m n i e m a n i a c h, czy raczej o propagowaniu jedynie słusznej wersji, zatem byłoby to uprawianie jedynie słusznej wizji? I to bez polityki, doprawdy? W odróżnieniu od np. fizyki to raczej interpretacje niż zbiór dających się sprawdzić zdarzeń, zatem światopogląd historyka nie pozostaje obojętnym przy ocenie jego dzieła.                                                              A gdzie prawda, ktoś spyta? Ba! Chyba tylko w konfrontacji zdań różnych, nie na wiarę z ideologicznego rozdzielnika. Na szczęście we wstępie Autor deklaruje: "na każdym kroku jest coś, czego jeszcze możemy się nauczyć. Zawsze coś można wyjaśnić lub poprawić, co prowadzi ...
Najnowsze posty

Norman Davies i koniec

 ... nazwisko mówi samo za siebie.                                                                                                             "Znane angielskie przysłowie brzmi:  Curiosity killed the cat ... ciekawość zabiła kota", czyli ostrzeżenie przed wtykaniem nosa w sprawy innych ludzi, przed nadmierną ciekawością. Jednak na przykład seniorom się ją poleca - rozumiem, ż jako gimnastykę intelektualną, a ponieważ niewątpliwie do tej kategorii wiekowej się zaliczam, zatem nabyłem Anglika drogą kupna - 470 stron dużego formatu w Znaku. Dopiero siadam do tego booka, ale z fascynacją spowodowaną dotychczasową działalnością Autora.     Jak to było: "historia magistra vitae est"... zatem, czegoś się nau...

Tylko i nic!

 Tylko lektury , czyli wolne myśli, a nie zadaniowane na scenie! Po wieloletnim użeraniu się z aktorstwem naszym i bratnim (na Litwie, w Berlinie i Londynie) jednoznacznie oświadczam, że teatrowi - mojej - wyobraźni nic nie dorównuje w tzw realu. Na scenie najczęściej jest użeranie się i prysiudy przed dyrektorową, albo wyrozumiałość dla zasłużonego kolegi, który wprawdzie nadużywa, ale był w egzekutywie i paru plebiscytach popularności, zatem mu więcej wolno. Dziś podobno już się tyle nie pije, ale ofermom nie zbywa pomysłowości jak przekształcić teatr w zamtuz o sprzecznych interesach zamiast kolektywu dążącego do wspólnego celu. Nasz teatr pogubił tradycję pracy zespołowej dla wspólnego dobra jakim była zmiana rzeczywistości na lepszą poprzez wrażenie - przypominam "Hamleta" - jakie robi na widzach sztuka sceniczna skłaniająca do wyznawania swych win i przeżywania, za przeproszeniem, katharsis ...                       ...

Czytajcie!

Czytajcie, nie gapcie się... Nawołuję do myślenia  s a m o d z i e l n e g o  i weryfikowania każdej wyroczni, bo chętnych do zawładnięcia naszymi umysłami nie brakuje, o czym ostrzegał już Orwell. To dotyczy polityki ale i sztuki, bo czemu krytykanci mieliby decydować o moim guście skoro ja jestem lepiej wykształcony i przygotowany do przetwarzania informacji płynących z książki i sceny; tylko          w dziedzinie muzyki zdaję się na opinię lepiej słyszących, chociaż przyjemność może tu dotyczyć uczestniczenia w dziele, którego się nie rozumie (tego mnie uczył w PWST prof. Bardini). Specyfika oddziaływania  p i ę k n a  jest tajemnicza i nie daje się wyczerpać samymi tytułami naukowymi delikwenta oceniającego. Napisawszy to sam mam wątpliwości...  Bo to prawda, aleć niecała. Gdyby tak było w teatrach                   i filharmoniach przesiadywaliby tylko profesjonaliści, a przecież to jest...

upieram się

 Upieram się, że czas spędzany w naszym współczesnym teatrze jest zainwestowany na marne .   "Róbta co chceta" w tej sprawie, ale ja sobie zostanę w fotelu i uruchomiając wyobraźnię poczytam to, co mam na półce, oraz uzupełnię w księgarni, np. "Bonito". Wtedy nikt, żadne reżyserskie modne beztalencie, nie będzie mi wciskał kitu i produktu teatralno podobnego. Sam wiem lepiej, co uruchamia twórczo mój umysł i na tyle jestem zorientowany w rynku, iż potrafię samodzielnie - bez suflowania przez krytykanctwo - odróżnić dzieło od produktu. Ponieważ sprzedażne najlepiej są wytwory nie wymagające wysiłku umysłowego, tylko zaspakajające  s n o b i z m . Rynek domaga się "sprzedajności", ale masówka obniża poziom! Uważam, że w sztuce mniej znaczy więcej : mniej formy z przejrzystą t r e ś c i ą  i nie popadanie                    w neo-socrealizm. Czy to moje zmęczenie - kiedyś chodziłem do teatru kilkadziesiąt razy w miesiącu...

ciąg dalszy nastąpi nie dzisiaj to...

 Jeżeli jesteśmy w w kryzysie to czas najwyższy kombinować, jak z niego wybrnąć. Ba! Lecz nomenklaturka - dyrektorstwo i paru przydupasów płci obojga - sądzi, że wszystko gra, bo/a ich wynagrodzenia szczególnie. O jakiejkolwiek solidarności zawodowej trudno nawet marzyć, a wszelkie akcje w tym względzie rozpłynęły się w bezskuteczności, i trudno się dziwić, bo to zajęcie dla indywidualistów.                                                                                                                                           Czy rzeczywiście? Przecież największe "sukcesa" miały miejsca w kolektywach - w Nowym, Starym, Powszechnym, Współczes...

Czy jeszcze wierzę w teatr?

... Oczywiście! Ale, ale - nie ten, który jest. Potrzebny jest przewrót: wywrócenie układu  k o l e s i o s t w a  i  rączek, które wzajemnie się myją i wyciągają do kasy.                                                                                      Teatralne dyrektorstwo narzeka na brak kasy, ale to przecież  ś c i e m a . Zdecydowanie można robić przedstawienia  t a n i e j ! Pieniąchy inwestować w ludzi, nie w dekor i media. Tradycja "teatru ubogiego" (raczej formalnie, a nie finansowo) ma swe zakorzenienie w najlepszych dziełach; przepych niekoniecznie dobrze robi pomysłowości. Przypominam rolę artysty z Nienadówki      z jego "Apocalipsis". Nie twierdzę, że ubogi to pomysłowy, ale, że dostatek rozleniwia. Nasza sytuacja nie ...