Coraz częściej łapię się na przekonaniu, że już wszystkie - powiedzmy ciekawe i ważne - książki przeczytałem, a przecież ciągle wizytuję księgarnie zostawiając tam niemałe sumy; potem wracam w pielesze i sięgam po raz enty do "Braci Karamazow", czy Cortazara, Faulknera, o Murakamim nie wspominając. O co w tym chodzi? Sądzę, że nie odkrywam Ameryki twierdząc, że lektura tej samej książki zmienia się z wiekiem i doświadczeniem życiowym. Najbardziej mnie cieszą zapisane przez kogoś moje własne przygody , a przecież stosunek do nich we mnie samym się zmienia. By nie wspominać o sprawach damsko-męskich, gdzie bywsze podchody zastępuje c i e k a w o ś ć drugiego człowieka bez względu na "gender". I tak jest ze wszystkim, co może oznaczać, że tzw. osobowość to wytwór sztuczny próbujący określić zmienność i płynność naszych przekonań, może niekonie...
No, dobrze, wyznałem, że czytam i wstydzić się tego nie zamierzam. Ale, co z patrzeniem przed siebie - jak mówi stare ruskie przysłowie? Czyli, głowa dopieszczona, a bodźce płynące z introspekcji? Czy bez "dotykania" rzeczywistości wiemy o niej cokolwiek, czy tylko spuszczamy się na opinię innych? Kto to pisał o wtykaniu palucha ? O ile pamiętam niekoniecznie zakończone sukcesem małpy w kąpieli. Jednak, od tej pory niecośmy wydorośleli i bez introspekcji ani rusz... A jednak bycie w/z książkami może być ciekawsze niż samodzielne pokonywanie przeszkód... Bo co jest istotą tego, co majstrujemy w czasie swego pobytu tu, na ziemi? Dzieła, skutki, czy myśli? Zmierzam do tego, że po sobie można zostawić tylko (tylko?) zaczyn, pomysł, przeczucie - a realizacji podejmie się dopiero późny wnuczek. Czyż nie na tym polega istota wynalazczości? Rozumiem, że maszynę parową, czy penicylinę warto było zrealizować, ale już w sztuce nie zawsze dzieło jest najbardziej konstruktywne nauce o......