W ramach propagowania tu wynalazku Gutenberga i przemęczania oczu "cynglami" na nosie uprawiam niepoprawnie c z y t a n i e - składanie literek w całości otwierające ziemie niczyje i stymulujące wyobraźnię.
Jako reżyser także byłem tego niewolnikiem, bo bez inteligentnego "rozczytania" tekstu nie ma szans na widowisko z biglem. Rzecz wydawałaby się oczywista, gdyby nie rozpowszechniająca się po teatrach maniera na "pisanie na scenie", czyli, jak rozumiem, i m p r o bez egzemplarza dramatu - czy nie Demirszczak był tego orędownikiem?
Jest to g ł u p o t a tracąca amatorszczykiem...
Tekst jest podstawą, bo w nim jest zawarta m y ś l, którą przetwarzamy na własny użytek, lub dajemy widzom w teatrze do inspiracji: wzruszeń, lub poruszenia sumienia - znowu przywołuję tego faceta z czaszką Yorika i serią niewygodnych pytań...
Jako były uczeń Zapasiewicza nie zapomnę jak on umiał czytać wydobywając z tekstu drugie i kolejne warstwy, bo nie powiedzieć, dna. To się nazywa intonacja. W tym się zawiera sekret grania tego samego dramatu w różnych wystawieniach, bo przecież nikt przytomny na wiadomość, że National Theatre przyjeżdża z "Hamletem" nie powie: ale ja to już znam. Po filharmoniach jest dokładnie to samo: nie ma dwóch takich samych wykonań piątej symfonii Ludwiga van B.
Zatem, cóż nas w tym "kręci", że możemy/chcemy tak w kółko i w kółko - jakby rzekła Iwona Gombrowicza - to samo? Otóż dlatego, że to nigdy nie jest to samo, mimo powtarzającego się składu literek czy nut - inna jest interpretacja - my też bywamy inni w poniedziałek a inni na piątkowym koncercie.
Ja tu wypisuję oczywistości dlatego, że nie raz spotkałem się z reakcją: "idziemy na coś? e tam, ja to już znam..."
Wydaje mi się, że prawdziwe umiłowanie sztuki polega właśnie na chęci porównywania wykonań, a nie odfajkowywania dzieł.
Ale czy przeciętny konsument jest miłośnikiem?
To inny przykład: Jasiu jadłeś kolację, bo na stole ementaler, pyta mama? Oczywizda, jadłem wczoraj.
No i kurtyna, a kto (nie) czytał ten trąba.
Komentarze
Prześlij komentarz