Skoro nie wybieram się na wojnę to przynajmniej agituję za działalnością, która mniej kosztuje, a odkłada się w umyśle na same pożyteczne role: od imponowania swojej lubej do zadawaniu szyku na przykład w Instytucie Teatralnym (żartuję)...
Taki na przykład Julio Cortazar tak się czule wywnętrza o sobie: Wyjść można od czegokolwiek, od pudełka zapałek, wiatru na dachu, od etiudy numer 3 Skriabina, od bajki o kocie w butach; niebezpieczeństwo tkwi w tym, że potem t r z e b a dotrzeć, nie bardzo wiadomo do czego, ale dotrzeć. Nie ma rozprawy o metodzie, bracie, wszystkie mapy są zwodnicze poza tą serca... Rozglądanie się dookoła nic nie da ponieważ to gdzieś jest tutaj, jest mapą serca, tak rzadko wysłuchiwanego, jako punkt wyjścia, który jest miejscem przybycia... W czuwaniu jest południe serca zatopionego w codzienności.
Ta metoda trochę nie pasuje do głoszonego przeze mnie przysłowia, aby dla głębszego życia właśnie uważnie rejestrować - i przetwarzać na swoje - to, co dzieje się dookoła.
Zatem, może bez recepty na sukces opowiem się za wiecznym dążeniem tam gdzie na górze powietrze jest czystsze, nie ma papierków ani puszek, o czym śnisz na jawie w swoim biurze albo więzieniu, podczas gdy oklaskują cię na scenie albo w katedrze... tam śmierć czeka przebrana za nikogo. Czy kiedyś dotrzemy?
Czytam - ponownie - Julio Cortazara i myślę o Lechu Raczaku dla którego to była biblia pauperum.
Komentarze
Prześlij komentarz