"Pisać, czy nie pisać, krawat mieć ślicznie zapięty..." to "MARIONETKI" C. K. Norwida - poleca się przypominającą lekturę i pytanie do samego siebie... Bo przecież czernienie papieru (no, dobrze, w Sieci to nie to samo) w założeniu czerniącego powinno mieć jakiś pozytywny s k u t e k - np. przemianę rzeczywistości (przypomina się duński książę z jego rolą jaką przypisywał teatrowi: "pułapce na myszy", czyli na sumienie zdradzieckiego króla. Dziś w zalewie blogów i publicystyki każdy może się wywnętrzniać, ale kto to czyta i jaki jest tego skutek? Nie wiem, ale wątpię...
Moja motywacyjna jest bardzo skromna: nie tyle naprawa świata, co zapisanie siebie - własnych rozterek.
Owszem nie pójdę o zakład na temat skuteczności, że się tak wyrażę, publicznej, ale jeśli chodzi o rolę nazwijmy ją psychoterapeutyczną - to owszem. Pisząc podstawiam sobie lustro, które zachowuje - chwilowy? - nastrój, do którego zawsze mogę wrócić sprawdzając kim byłem - bo wtedy jestem już kim innym.
Czyli to palimpsest, na którym się odbijam - jednak utrwalając charakter.
Zatem to świadectwo jeśli nie dla bliźniego to dla mnie samego, co mi chodziło po głowie i ile z tego było do zrealizowania. Rodzaj moralnej "pieczęci", której, chcąc być uczciwym, trudno się pozbyć wystawiając się na "wiatry" wiejące z korzystnych stron.
Dlatego, pozostawiam ś w i a d e c t w o .
Komentarze
Prześlij komentarz