Przejdź do głównej zawartości

czytam Jacka Dehnela

Elegancik, niewątpliwie... Stylizuje się na Oskara Wailda, choć na okładce szpanuje Balzakiem - że niby taki obyty z tym, co ogólnoludzkie, a w rezultacie bardzo swojskie.                                                          "To co Marylce wydawało się mało istotne" ma nas przywiązać do lektury emocjonalnym węzłem; czyli literackim sposobem.

Każdy, kto spędza życie na tworzeniu idealnej maski, gładkiej powierzchni jest trawiony przez sekretną chorobę, z którą przed nikim nie może się zdradzić... musimy się dopatrzeć sekretnych namiętności. No właśnie, nie zamierzam gostka lustrować erotycznie, ale zakrawa mi to na coming out. I dobrze.

Pytanie, czy to zabieg marketingowy - wiadomo że środowisko jest liczne - czy potrzeba świeckiej spowiedzi?

Chodzi mi o to, że we współczesnej literaturze i teatrze takie "nóżki na stół" raczej mogą liczyć na oklaski bez względu na poziom dzieła, bo bierze się pod uwagę wtajemniczenie.

Nie obchodzi mnie orientacja autora, ale nad jego dziełem - jestem w trakcie lektury, przed 409 str. - unosi się zapaszek, który, moim zdaniem, niekoniecznie jest artystowski, raczej "pi-ar'owy... Mogę się mylić, lecz zwracam uwagę na zjawisko rozpowszechnione przez Krystiana Lupę w teatrze, gdzie "skąd przychodzisz i kim jesteś" bywało ważniejsze od tego, co umiesz...

Troszku się czepiam, ale w imię kryteriów obiektywnych - jeśli w sztuce takie są w ogóle możliwe - a nie towarzysko-środowiskowych, bo te otwierają drogę po "frukta" na skróty, co niestety jest w naszym grajdołku zjawiskiem powszechnym.

Zresztą każdemu według potrzeb, nie będę się czepiał!

Komentarze