Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z luty, 2026

chętnie bym uwierzył...

 Chętnie bym uwierzył współczesnemu teatrowi, ale... musiałby on przestać zajmować się sobą - na przykład w tzw, "post-teatrze" - i zacząć zajmować się mną w egzystencjalnej rozterce . Gdybym "się" widział na scenie to miałbym szansę na katharsis ... Bo po co jest cały ten bal, jeśli nie dla podstawiania publice lustra ? Pamiętacie księcia Hamleta i jego "pułapkę na myszy"? Otóż to! Teatr, który nie wstrząsa sumieniem i nie skłania do zreflektowania własnego życia to tylko rozrywka , która utwierdza widza w sobie / swoim postępowaniu, a chodziłoby o to, by go zmieniać na lepsze. Mówiąc w skrócie widząc na scenie niewłaściwe postępowanie wyznawał swoje winy i wracając do domu "nie bił żony" - to tylko przykład... Już słyszę, że przesadzam, bo to przecież  r o z r y w k a  mająca odrywać śmiertelnika od codzienności     i przenosić go na dwie godziny w krainę ułudy. Dobrze, nikomu niczego nie narzucam: jeden lubi wąchać kwiatki, a drugi jak mu ska...

współcześni autorzy

 Współcześni autorzy do pióra (pamiętam, że w tzw. "stanie wojennym" nosiłem badge'a-przypinkę          z napisem: Pisarze do piór, guma do żucia! co było szyderstwem z oficjalnej propagandy, która zwalczała bojkot ), a dzisiaj miałbym ochotę też to zakrzyknąć, tyle, że nie wiem do kogo. Umówmy się, że mam swoją listę przebojów książkowych, na której nikt nie przebije Platona, Szekspira, Dostojewskiego, Murakamiego czy Pamuka, ale bez "deptania im po piętach" przez jeszcze młodszych     i jeszcze bardziej zdolnych mojej bibliotece grozi stęchlizna.                                                             Przesadzam, chcąc przez to powiedzieć, że w literaturze - w docieraniu istotnym jej do mnie - musi panować konkurencja o moją uwagę, bym przebierając "jak w ulęgałkach" wychodził na swoje - czego...

... a więc!

A więc wojna! Wiem, wiem nasza wieś - póki co - spokojna, bo z kraja, chociaż w świecie zglobalizowania to nic nie wiadomo na pewno. Ja o tym nie dlatego bym "robił po gaciach", lecz dla przewidywania, co zmajstruje nasza wadzuchna?    W takich wypadkach na tapetę trafia zawsze, zawsze k o n s o l i d a c j a , czyli porzućcie spory, bo trąbka gra      i do szereg(u)a trzeba. Żadnych sporów o koncepcję rządzenia nam nie trzeba, gdy mobilizacja - tratata ta!   To oczywiście na rękę wszystkim u żłoba: jaka opozycja?, jaka reforma? Trzeba się trzymać - w domyśle… stołka - o reszcie "nie lzja". Kiedyś to się nazywało utrwalanie władzy - szczególnie w Bieszczadach - a dziś na sejmowych korytarzach. O reformach koniecznych - nie teraz, nie teraz! Dlatego wojenka służyła i służy, ale nie "tiebia" - tobie, wyborco, jest przypisana rola mięsa dla armat       i sza (bo zaraz cenzura)! Takie to czasy dla obywatela. Czy ja czasem nie marudzę? Chyba tak; ...

czy czytanie w kółko to "kuku", czy wchodzenie na inny poziom?

 Coraz częściej łapię się na przekonaniu, że już wszystkie - powiedzmy ciekawe i ważne - książki przeczytałem, a przecież ciągle wizytuję księgarnie zostawiając tam niemałe sumy; potem wracam           w pielesze i sięgam po raz enty do "Braci Karamazow", czy Cortazara, Faulknera, o Murakamim nie wspominając. O co w tym chodzi? Sądzę, że nie odkrywam Ameryki twierdząc, że lektura tej samej książki zmienia się z wiekiem                  i doświadczeniem życiowym. Najbardziej mnie cieszą zapisane przez kogoś moje własne przygody ,          a przecież stosunek do nich we mnie samym się zmienia. By nie wspominać o sprawach damsko-męskich, gdzie bywsze podchody zastępuje  c i e k a w o ś ć  drugiego człowieka bez względu na "gender". I tak jest ze wszystkim, co może oznaczać, że tzw. osobowość to wytwór sztuczny próbujący określić zmienność i płynność naszych przekonań, może niekonie...

no, dobrze...

 No, dobrze, wyznałem, że czytam i wstydzić się tego nie zamierzam. Ale, co z patrzeniem przed siebie - jak mówi stare ruskie przysłowie? Czyli, głowa dopieszczona, a bodźce płynące z introspekcji? Czy bez "dotykania" rzeczywistości wiemy o niej cokolwiek, czy tylko spuszczamy się na opinię innych? Kto to pisał o wtykaniu palucha ? O ile pamiętam niekoniecznie zakończone sukcesem małpy w kąpieli. Jednak, od tej pory niecośmy wydorośleli i bez introspekcji ani rusz... A jednak bycie w/z książkami może być ciekawsze niż samodzielne pokonywanie przeszkód... Bo co jest istotą tego, co majstrujemy w czasie swego pobytu tu, na ziemi? Dzieła, skutki, czy myśli? Zmierzam do tego, że po sobie można zostawić tylko (tylko?) zaczyn, pomysł, przeczucie - a realizacji podejmie się dopiero późny wnuczek. Czyż nie na tym polega istota wynalazczości? Rozumiem, że maszynę parową, czy penicylinę warto było zrealizować, ale już w sztuce nie zawsze dzieło jest najbardziej konstruktywne nauce o......

czytam...

Czytam o naszej historii niejakiego Davisa Normana i tak sobie - jako niezbyt zdolny uczeń Stefana Mellera - dumam; czy to jest nauka obiektywna? Czy o  f a k t a c h, czy  d o m n i e m a n i a c h, czy raczej o propagowaniu jedynie słusznej wersji, zatem byłoby to uprawianie jedynie słusznej wizji? I to bez polityki, doprawdy? W odróżnieniu od np. fizyki to raczej interpretacje niż zbiór dających się sprawdzić zdarzeń, zatem światopogląd historyka nie pozostaje obojętnym przy ocenie jego dzieła.                                                              A gdzie prawda, ktoś spyta? Ba! Chyba tylko w konfrontacji zdań różnych, nie na wiarę z ideologicznego rozdzielnika. Na szczęście we wstępie Autor deklaruje: "na każdym kroku jest coś, czego jeszcze możemy się nauczyć. Zawsze coś można wyjaśnić lub poprawić, co prowadzi ...

Norman Davies i koniec

 ... nazwisko mówi samo za siebie.                                                                                                             "Znane angielskie przysłowie brzmi:  Curiosity killed the cat ... ciekawość zabiła kota", czyli ostrzeżenie przed wtykaniem nosa w sprawy innych ludzi, przed nadmierną ciekawością. Jednak na przykład seniorom się ją poleca - rozumiem, ż jako gimnastykę intelektualną, a ponieważ niewątpliwie do tej kategorii wiekowej się zaliczam, zatem nabyłem Anglika drogą kupna - 470 stron dużego formatu w Znaku. Dopiero siadam do tego booka, ale z fascynacją spowodowaną dotychczasową działalnością Autora.     Jak to było: "historia magistra vitae est"... zatem, czegoś się nau...

Tylko i nic!

 Tylko lektury , czyli wolne myśli, a nie zadaniowane na scenie! Po wieloletnim użeraniu się z aktorstwem naszym i bratnim (na Litwie, w Berlinie i Londynie) jednoznacznie oświadczam, że teatrowi - mojej - wyobraźni nic nie dorównuje w tzw realu. Na scenie najczęściej jest użeranie się i prysiudy przed dyrektorową, albo wyrozumiałość dla zasłużonego kolegi, który wprawdzie nadużywa, ale był w egzekutywie i paru plebiscytach popularności, zatem mu więcej wolno. Dziś podobno już się tyle nie pije, ale ofermom nie zbywa pomysłowości jak przekształcić teatr w zamtuz o sprzecznych interesach zamiast kolektywu dążącego do wspólnego celu. Nasz teatr pogubił tradycję pracy zespołowej dla wspólnego dobra jakim była zmiana rzeczywistości na lepszą poprzez wrażenie - przypominam "Hamleta" - jakie robi na widzach sztuka sceniczna skłaniająca do wyznawania swych win i przeżywania, za przeproszeniem, katharsis ...                       ...

Czytajcie!

Czytajcie, nie gapcie się... Nawołuję do myślenia  s a m o d z i e l n e g o  i weryfikowania każdej wyroczni, bo chętnych do zawładnięcia naszymi umysłami nie brakuje, o czym ostrzegał już Orwell. To dotyczy polityki ale i sztuki, bo czemu krytykanci mieliby decydować o moim guście skoro ja jestem lepiej wykształcony i przygotowany do przetwarzania informacji płynących z książki i sceny; tylko          w dziedzinie muzyki zdaję się na opinię lepiej słyszących, chociaż przyjemność może tu dotyczyć uczestniczenia w dziele, którego się nie rozumie (tego mnie uczył w PWST prof. Bardini). Specyfika oddziaływania  p i ę k n a  jest tajemnicza i nie daje się wyczerpać samymi tytułami naukowymi delikwenta oceniającego. Napisawszy to sam mam wątpliwości...  Bo to prawda, aleć niecała. Gdyby tak było w teatrach                   i filharmoniach przesiadywaliby tylko profesjonaliści, a przecież to jest...

upieram się

 Upieram się, że czas spędzany w naszym współczesnym teatrze jest zainwestowany na marne .   "Róbta co chceta" w tej sprawie, ale ja sobie zostanę w fotelu i uruchomiając wyobraźnię poczytam to, co mam na półce, oraz uzupełnię w księgarni, np. "Bonito". Wtedy nikt, żadne reżyserskie modne beztalencie, nie będzie mi wciskał kitu i produktu teatralno podobnego. Sam wiem lepiej, co uruchamia twórczo mój umysł i na tyle jestem zorientowany w rynku, iż potrafię samodzielnie - bez suflowania przez krytykanctwo - odróżnić dzieło od produktu. Ponieważ sprzedażne najlepiej są wytwory nie wymagające wysiłku umysłowego, tylko zaspakajające  s n o b i z m . Rynek domaga się "sprzedajności", ale masówka obniża poziom! Uważam, że w sztuce mniej znaczy więcej : mniej formy z przejrzystą t r e ś c i ą  i nie popadanie                    w neo-socrealizm. Czy to moje zmęczenie - kiedyś chodziłem do teatru kilkadziesiąt razy w miesiącu...

ciąg dalszy nastąpi nie dzisiaj to...

 Jeżeli jesteśmy w w kryzysie to czas najwyższy kombinować, jak z niego wybrnąć. Ba! Lecz nomenklaturka - dyrektorstwo i paru przydupasów płci obojga - sądzi, że wszystko gra, bo/a ich wynagrodzenia szczególnie. O jakiejkolwiek solidarności zawodowej trudno nawet marzyć, a wszelkie akcje w tym względzie rozpłynęły się w bezskuteczności, i trudno się dziwić, bo to zajęcie dla indywidualistów.                                                                                                                                           Czy rzeczywiście? Przecież największe "sukcesa" miały miejsca w kolektywach - w Nowym, Starym, Powszechnym, Współczes...

Czy jeszcze wierzę w teatr?

... Oczywiście! Ale, ale - nie ten, który jest. Potrzebny jest przewrót: wywrócenie układu  k o l e s i o s t w a  i  rączek, które wzajemnie się myją i wyciągają do kasy.                                                                                      Teatralne dyrektorstwo narzeka na brak kasy, ale to przecież  ś c i e m a . Zdecydowanie można robić przedstawienia  t a n i e j ! Pieniąchy inwestować w ludzi, nie w dekor i media. Tradycja "teatru ubogiego" (raczej formalnie, a nie finansowo) ma swe zakorzenienie w najlepszych dziełach; przepych niekoniecznie dobrze robi pomysłowości. Przypominam rolę artysty z Nienadówki      z jego "Apocalipsis". Nie twierdzę, że ubogi to pomysłowy, ale, że dostatek rozleniwia. Nasza sytuacja nie ...

iść czy zostać?

 Oto jest pytanie? Zostać w domu i poczytać, czy szlajać się na Warlika, z przeczuciem, że nic nowego mnie tam nie spotka . Ponieważ nasza gwiazdeczka - wychuchana na europejskie salonach - od lat majstruje tak samo w takich samym, pol-poprawnych tematach; ostatecznie tych grantów nie dają ot, tak sobie. Ponieważ sam długo żyję to pamiętam, że za socrealizmu też trzeba się było zasługiwać i spływać z jedynie słusznym nurtem. Zachowując wszystkie proporcje konstatuję, że to prawko funkcjonuje do dzisiaj; zmienił się ośrodek kierowniczy, ale nie metody. Musisz być "z naszych" - na przykład seksualnie odmiennych - by zyskać akceptację wtajemniczonych, tak się składa, że od lat decydujących o fruktach w europejskich teatrach. Oczywiście ktoś zaraz zgrzytnie, że ja tylko "zazdraszczam"... Z wolna, kto nie wie, to przypominam,     że przez lat miałem - bo umarł - serdecznego Przyjaciela, Michała Ratyńskiego , niewątpliwie wtajemniczonego tu i tam... Zmierzam do stwierdzen...

o "przesadyzmie"

Właśnie dostałem powiastkę z księgarni o konieczności odebrania zamówionej książki i jestem w kłopocie, bo się pogubiłem w swych zbiorach i nie pomnę - mam to dzieło, czytałem, czy coś mi się zdaje?  Czyli?  Czyżby przywoływane już przeze mnie ruskie przysłowie: "mniej czytaj, więcej patrz przed siebie" miało swe uzasadnienie merytoryczne? Nie ukrywam, że lubię zanurzyć się w lekturze, która przenosi mnie, dzięki wyobraźni, w świat ciekawszy od tego za oknem , ale... No właśnie, czy stawiać granice "nieżyciowości", czy popuścić sobie? Czy wyobraźnia może zastąpić / rozwiązać życiowe problemy? Kapuję, że nie - na przykład z rachunkami, ale przecież nie wszystko w życiu daje się policzyć.                                                        Zatem? Co jest ważne, co jest najważniejsze - otóż to! Z tego mego tu marudzenia wynika, że: prawdzi...

Hej...

 Hej, teatromany, co tam na scenie?                                                                                               Przemysławie ze zdaniem, które szanuję - jeszcze Ci się chce? Dziwię się... Ubolewam, gdy pasją trzeba zarabiać na chleb, a ideały zamieniać na cotygodniowe zdawanie sprawy. Bo jednak czym innym jest obowiązek, a czymś z innej parafii przyjemność. Sam się wywodzę z teatru studenckiego, który zamieniłem na profesjonalizm, ale takich pasjonatów spotykanych na przykład na Lubelskich Konfrontacjach nie spotykałem w kulisach zawodowych. Prawie pod oknem mam boisko piłkarskie jakiejś "czwartej ligi" i  patrząc na ich zapał w trenowaniu sobie myślę, że zblazowane aktorstwo, wiecznie niekontente obsady, lub norm w kasie mogło...

podtrzymuję...

Podtrzymuję swe zdanie, że mi się nie chce... Nie chce mi się wydawać szmalu i czasu marnować na teatralno-podobne hołubce, z których ani myśli w rozwoju, ani estetycznych uwzniośleń; tylko: to już było , lub: głośniej , nie rozumiem, co do mnie szemrzesz ze sceny chłopcze albo i dziewcze.            Dlatego róbta sobie, oj róbta - beze mnie (Owsik was napędza, a nie profesjonalne perturbacje). Nikogo zresztą nie będę namawiał do podzielania mego zdania, chcecie to wierzcie, chcecie nie wierzcie, ja sobie poczytam, i to mnie usytuuje na mieście (w sensie, że modnym w tym sezonie jest bywać u Warlika, a kto temu nie zdzierży ten sam sobie winien). Bo - coś wam powiem - bycie "nie w kursie" znaczy prawdziwe  b y c i e  ze swoim gustem i przekonaniami , a nie tylko spływanie z prądem; proszę sprawdzić u Herberta! Przekonywać nikogo nie będę, bo większość i tak zrobi swoje, co nigdy nie oznaczało, że miała rację (proszę mi się tu nie powoływać na "dem...

czyli...

Czyli raczej czytam niż chodzę... Piszę o przybytkach Malpomeny z asortymentem scenicznym. Porobiło się nie z powodu mej starości i lenistwa, ale z przyczyn - tfu, tfu - "obiektywnych", czyli niedostatków intelektualnych rzeczonych zwanych teatrałami , bo piszę o elemencie personalnym,       a nie architekturze. Nie wiem, bo od pewnego czasu znudziło mi się szkolnictwo teatralne, czy też powodu jeszcze większej ilości jeszcze mniej zdolnych, czy systemu? W każdym bądź razie to, co widać na scenie nie napawa... Być może to "dobrobyt" - więcej szans na karierę - pomniejsza konkurencję, a może charakter współczesnej młodzieży skutkuje nie skakakoaniem sobie do oczu, ale z dystansu widzę raczej lekkość    (by nie powiedzieć: b y t u ) i brak walki. Gdy szanse w teatrze były mniejsze - np. mniej zatrudnień etatowych - to i starań profesjonalnych notowano więcej ( nie będę udawał, że nie wiem, iż także przez erotyczne ustępstwa ); dzisiaj szans na karierę jest więcej,...

czytam na W

 Wharton (Wiliam) i William Faulkner, to obok Marqueza moje ostatnie, spóźnione lektury. Czyli, Amerykanie nie tylko w kinie... Już kiedyś pisałem, że najbardziej kręcą historie zakorzenione w kryminale - vide Fiodor D*. Chodzi o fabułę pełną zwrotów akcji i psychologię postaci, która zdałaby się pasjonującą zagadką nie do rozwiązania w pierwszym rozdziale; zatem? Fabularne napięcie! Przy czytaniu też przecież przeżywamy emocje i gdy ich braknie, na przykład w opisach przyrody, to ja ziewam i żadne formalne wygibasy nie są mi w stanie wynagrodzić straty. "Ulisesa" Joyce'a na przykład wolałem w teatrze, bo na półce się kurzy - nie jestem pewien, czy doczytany. Chociaż lubię grube booki, bo obcowanie z bohaterami winno mieć swoją dramaturgię i nie warto pędzić od razu do rozwiązania zagadki, warto pogłówkować. I przejść się z książką pod pachą stołecznymi ulicami (uprawiałem to w młodości pod UW), by w zabieganym tłumie zaszpanować na Innego, co - wiem to - trochę jest śmie...

Olimp, olimp... i po zabawie!

Zatem? Wracamy do lektur, bo to jest właśnie to, co mnie kręci najbardziej... Rzuty, podskoki, przeskoki   (sorry, to latem) - dziś na gigancie zjeżdżają rakiem i krążkiem walą po bandzie, a mnie to... kalafiorem! Trzysta stron niekoniecznie na czerpanym papierze, byleby historia, w którą uwierzę... Power to the imagination  to było hasło, na którym wyrósł także John Lennon i sporo muzyki. Słuch mając tylko "obiektywny - nie wyćwiczony" - określenie prof. Bardiniego ze Szkoły, wiedziałem    z góry, że zasłużyć sobie mogę na powagę w grupie tylko jako, za przeproszeniem, intelektualista, czyli namiętny czytelnik. I stało się... Świadectwem "cyngle", czyli okular, który nie zachodzi mgłą, alem dorobił się go czytając pod kołdrą - bo rodzice mówili dość i wyłączali światło. Ojciec mnie widział raczej jako sprawnego na nartach - sam był instruktorem - czy regatowych zawodach, a jam się wyrodził, i w AWF-ie, którego niedaleko mieszkałem, tylko rowerkiem z górki na pa...

cóż po olimpiadzie?

 ... Pytam, bom smutny!                                                                                                                             Kiedyś na czas igrzysk zawieszano potyczki, a dzisiaj  o b ł u d a  polityki nie powstrzyma kremlowskiego zbira. Ofiar wojen nie ubywa, a rywalizacja mordercza przenosi się z pola bitwy na stadion, gdzie nacjonalistyczne ambicje kreują gierojów telewizyjnych. Nie lekceważę pracy sportowców, lecz twierdzę, że ich wysiłek bywa wykorzystywany propagandowo    w celu podbechtywania "narodowego ego", co się nie przekłada ani na szacunek, ani sprawiedliwy podział dóbr; z reguły to potęgi gospodarcze stać na wystawianie ...

co to znaczy?

 ... Od pewnego czasu obserwuję u siebie odchodzenie od teatru!                                                           Kiedyś notowałem obejrzane w tygodniu / miesiącu spektakle i gdyby w tej dziedzinie organizowano olimpiady to stawałbym na podium - tracąc czas na pobyt w przybytkach pięć, sześć razy tygodniowo (sic!) i kilkadziesiąt razy w miesiącu; obłęd! I nie miałem dosyć - skąd, moją ambicją profesjonalną było obserwować jak Koledzy się rozwijają po premierze, co robi z kształtem inscenizacji czas, i że żywy teatr nie jest co wieczór taki sam.                                                                                   ...

czy żywy teatr?

 Czy spektakl teatralny ma szansę z indywidualną lekturą tekstu dramatu? Twierdzę, że nigdy - poza nieukiem - bo interpretacja "raz na zawsze" na scenie przegrywa z wyobraźnią, która czyta to na sto sposobów w zależności od okoliczności i aktualnego humoru . Oczywiście, człowiek teatru powie, że nie ma dwóch takich samych przedstawień... Znajmy proporcję - to prawda, która się nie umywa do mojej własnej rozbujanej fantazji. Platon, Dostojewski czy Pamuk czytani kiedyś i dzisiaj to różni autorzy, i na co innego mnie chcą - sam się chcę z ich okazji - u w r a ż l i w i ć. Dlatego niektórych mogę studiować wielokrotnie z nowymi wrażeniami, a ile razy można nie nudzić się na Klacie (reżyserze, który "dorobił się" stylu i leci nim w każdej produkcji). To zresztą paradoks, bo w teatrze po Wielkiej Reformie tekst miał być tylko pretekstem do "tfurpczej" inscenizacji. Ba... Chciałoby dusza do raju, albo przynajmniej na codzień obcować z Nekrosiusem, Castorfem, Sw...

Wracam do M.

 "W dniu, w którym Florentino A. zobaczył w atrium katedry Ferminę D. w pełni panującą nad swoją kondycją kobiety światowej, powziął niezłomne postanowienie, że musi zdobyć nazwisko i fortunę, aby stać się jej godnym. Nawet przez chwilę nie postało mu w głowie, iż jej stan cywilny jest sporą niedogodnością..." Oto ulubiona lektura Przyjaciela - Lecha R. Co na to "przewodnia/przodownica" Ósemka - Ewa W.?

Igrce współczesne

 Igrzysko zastępuje dziś wojnę? Kiedyś ją zawieszało i przenosiło rywalizację z pola bitwy na stadion; dzisiaj  m o r d o w a n i e  to honor (sic!) Rozpętuje pseudo patriotyzm i nacjonalistyczne emocje. Baron C. w grobie się przewraca, bo z najszczytniejszej idei można uczynić narzędzie propagandy narodowej w imię której głosi się wyższość swoją nad wszystkim, co nie moje. Z drugiej strony, może to  i lepiej, by rzucać dyskiem - ścigać się na nartach - niż granatem i bombardować. Sport dla przyjemności i hartu ducha przeszedł do historii na rzecz zawodowości. Mam z tym osobiste wspomnienie z wczesnej młodości. Mój ojciec był kapitanem żeglarstwa śródlądowego, i pośród własnych przygód na morzu, koniecznie chciał mnie wychować na mistrza sportowego, posyłając na zgrupowania kadry zawodniczej. Ja się buntowałem, bo oprócz rygorów nie chciałem poświęcać przyjemności dla obowiązku. Ciekawe, bo przecież będąc reżyserem też odstępowałem od różnego rodzaju plebiscytów "lep...

no, dobra...

Kiedyś olimpiada miała swoją część związaną z poezją, w tym sensie, że o laury startował atleta, ale i poeta , a dzisiaj? Raczej doping pseudo-medyczny, marki sprzętu na naszywkach i telewizyjna celebryckość... Takie czasy i moralizowaniem "postępu" nie zawróci zrzęda. Igrzyska to p r z e m y s ł  i interesy, zatem marudzenie o ideach jest staroświeckim burczeniem                w towarzystwie samo zadowolonym i uśmiechniętym; zresztą "oglądalność" w przekaziorach knebluje usta największym malkontentom. "Przodem do przodu" jako receptę na sukces propagował już Edek w "Tangu" Mrożka - a jak to się skończyło z lektur szkolnych "zreformowano", zatem dziś nikt nie pamięta i nie widzi przeszkód... Można na to machnąć ręką w imię ideolo "takie jest życie", albo marudzić na marginesie głównego nurtu. Czyli, pytanie jest zasadnicze: postępować, jak wszyscy, albo nie postępować?                     ...

wyścigi

Czyli co? Naprzód nasi - dał nam przykład urzędujący prezydent, jak zwyciężać mamy (?) Ja to "rozumim, pane Havranku", te narodowe wzmożenia, ale...                                                                        Czyż prawdziwej przyjemności nie przynosi b e z i n t e r e s e w n o ś ć  - robótki tylko dla przyjemności, a niekoniecznie za medal - plus rządowa premia. Ścigać się dla satysfakcji, czy z orzełkiem na piersiach? Sam miałem w młodości szansę startowania w narodowej kadrze, ale zamiast zgrupowania treningowego wybrałem popadnięcie w uczucie miłosne; brak profesjonalizmu... I z tym mi dobrze. Potem przekładałem tę zasadę na teatr. Żadnego ścigania się, klasyfikowania                 i świadomego brania udziału w rankingach. Ja takiego myślenia nikomu...

o czytaniu

 Czy czytanie rozwija? No pewnie, na przykład wyobraźnię. Rzekłbym, że zastępuje realne doświadczenie czymś, co pozostaje pod kontrolą w przeciwieństwie do realnego życia, które - przyznacie - często się nam wymyka. Nie wiem, jak kto, ale ja wolę nie pozbawiać siebie pozycji sternika. W młodości - chmurnej i durnej - zdarzało się preferowałem doświadczenia "transcendentalne", w których  u ż y w k a  miała zapewnić mi wgląd w coś, co na żywca znika, albo i się nie objawia. Tyle, że to była blaga, raczej brak wiary w siebie niż realna odwaga. Jeśli ktoś nie kapuje o czym napomykam, to przyznaję, że to zwie się w slangu "marysia"; jej pieszczotliwa cecha jednak odkrywa tylko pozory i w realu natychmiast znika - pozostawiając przy przesadyzmie użycia szkody w psychice. Oczywiście, lata 70-te ubiegłego wieku "jechały" na micie jakowegoś wtajemniczenia, szczególnie wśród panien i chłopaków uprawiających "big-bita", ale i teatr tzw. kontrkulturowy od te...

my tu...

My tu gadu, gadu o sportach, niekoniecznie do palenia, bo czas olimpijski służy narodowemu wzmożeniu. Gdyby mnie kto pytał to jako pacyfista jestem za tym, by się ewentualnie okładać po pyskach na ringach bokserskich, a nie w okopach Ukrainy. Nota bene, w czasach starożytnych wojny zawieszano na czas igrzysk sportowych, a dzisiaj? Dzisiaj rywalizacja olimpijska nie niweluje krwiopijstwa i totalitarnych zachcianek Putina - nikt go, mordercy, nie wyprasza z towarzystwa. Czy w ten sposób upada idea olimpijska?  Za duży szmal w tych igrzyskach, i ktoś musi go wyjąć! Czy w związku z tym da się patrzeć na sportowców bez niesmaku? Oczywiście! Nasza moralność z dnia na dzień oko przymyka, a widowiska przynoszą - najczęściej poprzez ekran telewizora - kompensację tego, co nasi ojcowie musieli sobie wywalczać ręcznie na polach bitew. I od tego nie ma odwrotu, nawet gdybym tu krzyczał: "no pasaran!"... "Do boju (Legia)" słyszę przejeżdżając rowerem koło stadionu... I niechbym ...

Olimpia da, czy nie da?

 Przemyśliwam, czy nadaję się na kibica ? Pamiętam swą irytację, gdy przechodząc w pobliżu stadionu Legii słyszałem ryk tłumu i musiałem obchodzić zamknięte ulice. Co to za poziom emocji , złościłem się przez zęby...                                                                                                                                                   Hola, hola, przecież te igrzyska mają wspólne źródło z moją ukochaną sztuką wystawienniczą. W Grecji grający na przykład na lutni stawał do konkurencji obok atlety, i tężyzna fizyczna była w cenie obok rymotwórczej. Rzecz chyba w tym, że nigdy nie przepadałem za ścig...

w Grecji

W Grecji starożytnej turniejom sportowym towarzyszyły zmagania poetów, a prowadzone wojny ulegały zawieszeniu... A dzisiaj?! Szlachetna idea barona Cubertena uległa wypaczeniu, bo  s z m a l  i ambicje nacjonalistyczne przeniosły rywalizacje z pól bitewnych na bieżnię i boiska. Mamy prezydenta, który podobno w tej dziedzinie przeciwnikom nie odpuszczał (?) Zostało widowisko trans kulturowe i populistyczne, gdzie narody mocarstwowe mają możliwość się popisywać przed swoim elektoratem i innym grać na ambicji. To i tak lepiej niż brać się za łby z naganem w ręku... Ale, czy jest to jeszcze wolna konkurencja, czy zmagania na dopingu - niekoniecznie chemicznym, bo pieniądz równie dobrze napędza. W czasach młodzieżowych bywałem wybierany do reprezentacji szkoły w lekkiej atletycy - sztafeta 4 razy 60 metrów na trzeciej zmianie i w piłce kopanej na bramie (liceum nosiło im. Kusocińskiego, co zobowiązywało)! Ale pamiętam, że nie tyle wynik, co sam udział przynosił mi satysfakcję, a to...

Stefa i inni

Od Stefy Gardeckiej dostałem jej książkę - wspomnienia: "Pamiętam Was" i czytam z wypiekami, bo to także mojego życia kawałek. Pamiętam, że prof. Raszewski recenzując moje magisterium na Wot dotyczące działalności po-tetralnej Jerzego Grotowskiego się wzruszył wspominając swoje peregrynacje do Opola z Gawlikiem na WFM-ce, by ratować zagrożony wtedy przez władzę eksperyment przyszłego Laboratorium; za to Marta Fik, u której to pisałem wyznawała: ja z tego nic a nic nie rozumiem, ale mam do pana zaufanie... i tak dopisałem sobie do nazwiska magiczne trzy literki. To opowieść o kulisach działania Teatru Laboratorium i sercowy portret ludzi wśród których mijała także moja młodość, by nie rzec okres błędów i wypaczeń. PamIętam, że wezwany o czwartej rano do siedziby wrocławskiej grzmiałem na siedzącego w jodze Grota, iż "Ty, to jesteś OK-ej, ale ta Rycyk...", a on mnie spokojnie przekonywał, że ludzie są tylko ludźmi, których dotyka zmęczenie i brak empatii. W każdym raz...

Lechu

Przy lekturze Borgesa naszło mnie wspomnienie o Lechu... Jego ORBIS TERCIUM to była grupa mająca wyzwolić go spod wpływu Ósemek... Mam dosyć kombatanctwa, ja chcę o m i ł o ś c i ("słońca i pomarańczy") - mawiał, co miało przykryć dziurę w sercu Raczaka po przepędzeniu go z Teatru Ósmego Dnia, który zakładał i nim władał ładnych parę lat, póki Ewa zadecydowała inaczej... To był, po pierwsze, nerwus - rozwiązujący teatr co najmniej raz w miesiącu po zajęciach z siatkówki -   za serwowanie "spod jajec" (cytuję oryginał), ale duszę mu zraniła Ewa za zawiązek z Darią, bo w tym zespole prawo być miała tylko jedna kobieta, którą wszyscy musieli ubóstwiać, a nie żadne południowe temperamenty wnoszone w wianie przez Włoszkę... Był tragiczną postacią, bo na Jego  p r a w o ś ć  co i raz nastawały okoliczności i wściekłość Kolegów. Mam wrażenie, że jako reżyser nie spełniał się w zespole, gdzie decydował kolektyw. W Teatrze Polskim za to uwielbiał korekty na próbach generalny...