Przejdź do głównej zawartości

czy czytanie w kółko to "kuku", czy wchodzenie na inny poziom?

 Coraz częściej łapię się na przekonaniu, że już wszystkie - powiedzmy ciekawe i ważne - książki przeczytałem, a przecież ciągle wizytuję księgarnie zostawiając tam niemałe sumy; potem wracam           w pielesze i sięgam po raz enty do "Braci Karamazow", czy Cortazara, Faulknera, o Murakamim nie wspominając. O co w tym chodzi?

Sądzę, że nie odkrywam Ameryki twierdząc, że lektura tej samej książki zmienia się z wiekiem                  i doświadczeniem życiowym. Najbardziej mnie cieszą zapisane przez kogoś moje własne przygody,          a przecież stosunek do nich we mnie samym się zmienia. By nie wspominać o sprawach damsko-męskich, gdzie bywsze podchody zastępuje  c i e k a w o ś ć  drugiego człowieka bez względu na "gender".

I tak jest ze wszystkim, co może oznaczać, że tzw. osobowość to wytwór sztuczny próbujący określić zmienność i płynność naszych przekonań, może niekoniecznie w związku z sytuacją - bo to by był skrajny relatywizm - ale w poszukiwaniu jakiegoś centrum.

I tak w to zwątpiwszy mam chęć się tego "zaprzeć" i wygłosić apologię wierności sobie wbrew wszystkiemu i wszystkim: bo warto mieć coś w co się wierzy (ci, którzy mają Kościół mają łatwiej, bo są zwolnieni z wiecznego szukania) wbrew a nawet na przekór modzie i trendom panującym.

Ktoś kto potrafi dochować wierności (czy to tyczy też "pierwszych miłości? chyba niekoniecznie) wartościom, które go ukształtowały, mimo, że wypadły z listy tego, co się aktualnie nosi, budzi mój podziw i szacunek.

Gdzie coraz bardziej "wszystko płynie" mam ochotę się zaprzeć i mruknąć: z wolna, nie ze mną te numery - ja wierzę i nic mnie nie ruszy!

Rozpoznawalność aksjologii jest przepustką do prawdziwej przyjaźni i wyklucza związki interesowne, których miewamy (?) bezliku, ale czy upór przy czymś to "pieniądz" dzisiaj pokupny?

Stawiam znaki zapytania, ale w istocie nie mam wątpliwości, że warto a nawet trzeba...   

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

carstwo, proszę bardzo. Na chwałę Moskwy

Bałem się tej premiery i wiem, czego się bałem. Widziałem Peter Steina kiedyś "Oresteję" i "Księcia Homburgu", oraz dekadę temu "Wallensteina" i "Mewę" w Berliner Ensemble i w Rydze; to był zawsze wielki teatr idący za literaturą i piorunująco grany - powiedziany! Szanuję wiedzę reżysera o epoce i to, że uważa t e k s t za skarbnicę wszystkiego, co teatrowi najpotrzebniejsze. Nie ma w nim tylko wykonawców; aktorzy są, albo nie ma takich, którzy potrafią udźwignąć konwencję, w której to od nich wszystko - sens, wyraz, energia - zależy, bo mimo "filmowej" obrazowości inscenizacji, to aktor decyduje o wadze sprawy; albo to, co robi przechodzi przez rampę, albo zostaje w jakimś muzeum Pana Steina, jako ilustracja... W teatrze Peter Steina trzeba, jak (niektórzy) Niemcy, Anglicy i Rosjanie - umieć mówić , czego Seweryn swoich nie nauczył, albo nie wymagał.  Pod tym względem premierę w Teatrze Polskim "Borysa Godunowa" Alek...

Sobie życzę w Nowym Roku

 Zdrowia - po rozjechaniu mnie przez samochód - przede wszystkim, i nowych fascynujących k s i ą ż e k. Mam ich w bibliotece już tyle, co na zdjęciu u Marii Janion, ale ciągle mi mało; nie papieru, lecz doznań. Bo w książkach jest zapisany świat, którego brakuje za oknem: ciekawszy, bardziej złożony i, co ważne, dający do myślenia. To z książek wyrusza się w podróż, która nie ma końca i żadnych ograniczeń. To z papieru można wykreować rzeczywistość ze swoich/naszych marzeń! Tylko z książek.  Dlatego czytanie - nie mówiąc o "czernieniu papieru" - jest remedium na świat, w którym brakuje wzorów. Tylko w książkach można znaleźć emocje i bohaterów, z którymi chciałoby się spotkać i pogadać; tylko  tam, tylko w książkach... Jeśli propaguję tu jakiś "eskapizm" to jako obronę przeciw przeciętności i małości naszych codziennych dążeń, bo to tam świat rozpościera się na miarę naszych potrzeb. Dlatego więcej czytając nie muszę tak uważnie "patrzeć przed siebie"... C...

Sobie i Innym!

Sobie i wszystkim (moim czytelnikom) życzy się  w r a ż e ń - z życia intensywnego i z lektur, bo tylko dojmujące przeżywanie bytu daje napęd i smak naszemu istnieniu. Jedno drugiemu nie przeczy, tylko się uzupełnia.                                                                              Pamiętam, w czasach licealnych - chodziłem do Reya - przechadzałem się po Nowym Świecie                   i Krakowskim Przedmieściu z książką przed oczami, by kończyć lekturę w Ogrodzie Saskim.                Czy to był tylko "szpan" - sposób na laski - czy jednak fascynacja, której nie dawało się odłożyć             na później, np. Iberoamerykanami, nie mnie oceniać. Książka jako najlepsz...