Jeżeli jesteśmy w w kryzysie to czas najwyższy kombinować, jak z niego wybrnąć. Ba! Lecz nomenklaturka - dyrektorstwo i paru przydupasów płci obojga - sądzi, że wszystko gra, bo/a ich wynagrodzenia szczególnie. O jakiejkolwiek solidarności zawodowej trudno nawet marzyć, a wszelkie akcje w tym względzie rozpłynęły się w bezskuteczności, i trudno się dziwić, bo to zajęcie dla indywidualistów. Czy rzeczywiście? Przecież największe "sukcesa" miały miejsca w kolektywach - w Nowym, Starym, Powszechnym, Współczesnym, Ósmego Dnia, Prowizorium; póki szli razem posuwali się artystycznie do przodu, dopiero konflikty i personalne ambicje niszczyły. I to jest paradoks, bo to z gruntu indywidualistyczne zajęcie skazane jest na współpracę z nie zawsze myślącymi podobnie.
Dlatego udany teatr to umiejętność wyważenia interesów i ambicji; jeszcze trzeba pamiętać dla kogo to się robi - mieć minimum rozpoznania środowiska (miasta), choć z "wdzięczeniem" do publiki bym nie przesadzał.
Największe "sukcesa" mili zawsze ci, którzy trafiali do pokolenia, lub "wąchali czas" - np. swego czasu Dejmek, Hanuszkiewicz, Gawlik, Heubner, Provisorium, Ósemki. Tyle, że ten czas mija i zostają tylko rachunki psychiczne do zapłacenia; nasz teatr usłany jest "trupami" byłych przyjaciół i towarzyszy niedoli.
I chyba inaczej być nie może, dlatego to zajęcie nie dla psychicznych słabeuszy. I ten rachunek warto wpisywać w koszty, co może oznaczać: "bujajcie się sami"
Komentarze
Prześlij komentarz