Właśnie dostałem powiastkę z księgarni o konieczności odebrania zamówionej książki i jestem w kłopocie, bo się pogubiłem w swych zbiorach i nie pomnę - mam to dzieło, czytałem, czy coś mi się zdaje?
Czyli?
Czyżby przywoływane już przeze mnie ruskie przysłowie: "mniej czytaj, więcej patrz przed siebie" miało swe uzasadnienie merytoryczne?
Nie ukrywam, że lubię zanurzyć się w lekturze, która przenosi mnie, dzięki wyobraźni, w świat ciekawszy od tego za oknem, ale... No właśnie, czy stawiać granice "nieżyciowości", czy popuścić sobie?
Czy wyobraźnia może zastąpić / rozwiązać życiowe problemy? Kapuję, że nie - na przykład z rachunkami, ale przecież nie wszystko w życiu daje się policzyć. Zatem? Co jest ważne, co jest najważniejsze - otóż to!
Z tego mego tu marudzenia wynika, że: prawdziwy luksus egzystencjalny to robienie, co się k o c h a, bez obcyndalania i wizyt w banku.
Czy to jest jakiś refleks byłego hipisostwa, czy brak rozsądku, nie mnie osądzać. Żyć warto po swojemu i jeśli to nie krzywdzi nikogo to róbta co chceta (o rzesz, przypętał mi się ten Owsik).
Egzystencje bywają różne i normalizacja w tym względzie to "branie za mordę". A że kiedyś studiowałem etykę - na wydz. filozofii - to przynajmniej teoretycznie czuje się wykwalifikowany.
Robię dobrze (?) co jest pożyteczne!
Komentarze
Prześlij komentarz