... Od pewnego czasu obserwuję u siebie odchodzenie od teatru! Kiedyś notowałem obejrzane w tygodniu / miesiącu spektakle i gdyby w tej dziedzinie organizowano olimpiady to stawałbym na podium - tracąc czas na pobyt w przybytkach pięć, sześć razy tygodniowo (sic!) i kilkadziesiąt razy w miesiącu; obłęd! I nie miałem dosyć - skąd, moją ambicją profesjonalną było obserwować jak Koledzy się rozwijają po premierze, co robi z kształtem inscenizacji czas, i że żywy teatr nie jest co wieczór taki sam. No nie jest, przyznaję, tyle, że co z tego?
Trzeba jakiegoś narkotycznego upojenia by śledzić te zmiany "za bezdurno", nie będąc np. asystentem zobowiązanym do sporządzania raportów. Tak było ze mną - i jeszcze propagowałem publicznie taką postawę jako nie wiadomo co - jakoweś wtajemniczenie...
To się urwało, bez żalu, ale nie z powodu mojego zniechęcenia, lecz usilnego zasługiwania na lekceważenie przez współczesny produkt teatropodobny.
Za dużo prymitywnej polityki i ideologizowania modnego, za mało, jak dla mnie, umiejętności czytania tekstu oryginalnego i uruchomiania go na scenie.
Jeżeli ma tak być, że oglądam Szekspira - którego mam na półce - w interpretacji niedouczonej, za to, w pojęciu interpretatora, "awangardowej" to, sorry, na ogół wiem lepiej, i zostawszy w domu z książką mam okazję uruchomić wyobraźnię lepiej. Wierny autorowi ma obowiązek być tylko zecer! Ja go przepisują na środki sceniczne, ale jego/autora, a nie wyobrażenie własne o nim. A to różnica niemała...
Dlatego najczęściej zostaję w domu, a moja biblioteka coraz bardziej ugina się pod ciężarem.
I to się poleca niniejszym. Teatrały ze wszystkich stron łączcie się w sprzeciwie. Póki nie jest za późno!
Komentarze
Prześlij komentarz