Wharton (Wiliam) i William Faulkner, to obok Marqueza moje ostatnie, spóźnione lektury. Czyli, Amerykanie nie tylko w kinie...
Już kiedyś pisałem, że najbardziej kręcą historie zakorzenione w kryminale - vide Fiodor D*. Chodzi o fabułę pełną zwrotów akcji i psychologię postaci, która zdałaby się pasjonującą zagadką nie do rozwiązania w pierwszym rozdziale; zatem? Fabularne napięcie!
Przy czytaniu też przecież przeżywamy emocje i gdy ich braknie, na przykład w opisach przyrody, to ja ziewam i żadne formalne wygibasy nie są mi w stanie wynagrodzić straty. "Ulisesa" Joyce'a na przykład wolałem w teatrze, bo na półce się kurzy - nie jestem pewien, czy doczytany. Chociaż lubię grube booki, bo obcowanie z bohaterami winno mieć swoją dramaturgię i nie warto pędzić od razu do rozwiązania zagadki, warto pogłówkować. I przejść się z książką pod pachą stołecznymi ulicami (uprawiałem to w młodości pod UW), by w zabieganym tłumie zaszpanować na Innego, co - wiem to - trochę jest śmieszne, ale znam gorsze wady.
Dlatego furda kina i telewizje - nie dadzą ci tyle, co papier.
*) Dostojewski wszędzie i zawsze, w lekturze, w kinie i w teatrze, nie znam większego Mistrza.
Komentarze
Prześlij komentarz