Przy lekturze Borgesa naszło mnie wspomnienie o Lechu... Jego ORBIS TERCIUM to była grupa mająca wyzwolić go spod wpływu Ósemek... Mam dosyć kombatanctwa, ja chcę o m i ł o ś c i ("słońca i pomarańczy") - mawiał, co miało przykryć dziurę w sercu Raczaka po przepędzeniu go z Teatru Ósmego Dnia, który zakładał i nim władał ładnych parę lat, póki Ewa zadecydowała inaczej...
To był, po pierwsze, nerwus - rozwiązujący teatr co najmniej raz w miesiącu po zajęciach z siatkówki - za serwowanie "spod jajec" (cytuję oryginał), ale duszę mu zraniła Ewa za zawiązek z Darią, bo w tym zespole prawo być miała tylko jedna kobieta, którą wszyscy musieli ubóstwiać, a nie żadne południowe temperamenty wnoszone w wianie przez Włoszkę...
Był tragiczną postacią, bo na Jego p r a w o ś ć co i raz nastawały okoliczności i wściekłość Kolegów.
Mam wrażenie, że jako reżyser nie spełniał się w zespole, gdzie decydował kolektyw. W Teatrze Polskim za to uwielbiał korekty na próbach generalnych - nie to, by się wtrącał, ale lubił dyskusję na argumenty i nie miał "oka z guzika"... Choć aktorusy, zdarzało się, włazili mu na głowę...
Był intelektualistą w starym stylu, bo mnóstwo czytał i był człowiekiem dialogu, niestety w kolektywie, gdzie niekoniecznie przeważały argumenty merytoryczne.
Za to z Teatrem Polskim - robiłem tam Szekspira - sobie niekoniecznie poradził, bo z dobrym sercem nie umiał tupnąć - nie czuł specyfiki takiego "profesjonalnego" teatru, gdzie trzeba decydować jednoosobowo.
Autorytet ruchu politycznego w teatrze od końca lat sześćdziesiątych, członek Rady Artystycznej tego środowiska, ale przede wszystkim mądry i s z l a c h e t n y (sic!) człowiek...
Pamięć przemija, a teatr ze swą ulotnością nie sprzyja konserwowaniu zasług; to paradoks w zestawieniu ze wspomnianą biblioteką Jorge Luisa... "Hipokrytą to był aktor, a maska to persona"!
Lechu patrz na nas z góry i ciskaj pioruny, gdybyśmy - nie daj Boże - się kur...i.
Komentarze
Prześlij komentarz