Upieram się, że czas spędzany w naszym współczesnym teatrze jest zainwestowany na marne.
"Róbta co chceta" w tej sprawie, ale ja sobie zostanę w fotelu i uruchomiając wyobraźnię poczytam to, co mam na półce, oraz uzupełnię w księgarni, np. "Bonito". Wtedy nikt, żadne reżyserskie modne beztalencie, nie będzie mi wciskał kitu i produktu teatralno podobnego. Sam wiem lepiej, co uruchamia twórczo mój umysł i na tyle jestem zorientowany w rynku, iż potrafię samodzielnie - bez suflowania przez krytykanctwo - odróżnić dzieło od produktu. Ponieważ sprzedażne najlepiej są wytwory nie wymagające wysiłku umysłowego, tylko zaspakajające s n o b i z m .
Rynek domaga się "sprzedajności", ale masówka obniża poziom!
Uważam, że w sztuce mniej znaczy więcej: mniej formy z przejrzystą t r e ś c i ą i nie popadanie w neo-socrealizm.
Czy to moje zmęczenie - kiedyś chodziłem do teatru kilkadziesiąt razy w miesiącu (szaleństwo) - czy raczej niedostatek przeżyć dostarczanych po podniesieniu kurtyny, albo i bez...?
Jednak dobrodziejstwo wyobraźni, plus doświadczenie powoduje, że książka jest mi bliższa od fidrygałek scenicznych.
Istniej domniemanie graniczące z pewnością, że własne "samosiostwo" bije na głowę (inteligencja plus wiedza) proponowane wystawiennictwo.
Ktoś powie, no dobrze, ale skoro nie chodzisz to skąd wiesz? Otóż nie jest tak, że nie chodzę w ogóle, tylko mniej niż kiedyś, poza tym czytam recenzje, rozmawiam ze świadkami i mam swoje autorytety, na przykład Przemo Skrzydelskiego.
Zatem sytuuję siebie w pozycji uprzywilejowanego, a państwu wszystkim - "każdemu według potrzeb" - jeśli nie chcecie bywać lepszym od siebie na codzień.
Komentarze
Prześlij komentarz