Przejdź do głównej zawartości

Posty

no tak...

 Paniom w dniu ich święta nie tylko "goździka", ale mnóstwo uczucia , bez którego więdnie najbardziej rozdęta męska pycha , co świat wywracała nie tylko pod Troją - na imię mając Helena - ale i cel do zdobycia, bo cóż bardziej znaczącego od serca niewieściego, choćby kozikiem wyrzezanego na korze życia - no nic, nic temu nie dorówna... W ileż męskich głupstw obfituje historia, gdy samiec z samcem nastroszyli pióra i... za łby; ej nie będę tu lamentował, bo przecież może być to sens życia, jeśli zbiorowego przeżycia nie będzie się wypiętrzało ponad prywatne. Chodzi mi o to, że każda publiczna korzyść powinna się składać z indywidualnych radości, bo służba służbą, ale warto mieć coś z życia , a to nam najczęściej przynosi / lub zabiera kobita... Czyli: z nimi bywa kiepsko, ale bez nich jeszcze gorzej - że o prokreacji nie będę wspominał. Oj bida nam bida, gdy podpadniemy, dlatego dbajmy o te skarby nie tylko 8 marca. Moja deklaracja jest jak najszczersza!
Najnowsze posty

bezet

 W ramach propagowania tu wynalazku Gutenberga i przemęczania oczu "cynglami" na nosie uprawiam niepoprawnie  c z y t a n i e - składanie literek w całości otwierające ziemie niczyje i stymulujące wyobraźnię. Jako reżyser także byłem tego niewolnikiem, bo bez inteligentnego "rozczytania" tekstu nie ma szans na widowisko z biglem. Rzecz wydawałaby się oczywista, gdyby nie rozpowszechniająca się po teatrach maniera na "pisanie na scenie", czyli, jak rozumiem,  i m p r o  bez egzemplarza dramatu - czy nie Demirszczak był tego orędownikiem? Jest to  g ł u p o t a  tracąca amatorszczykiem ... Tekst jest podstawą, bo w nim jest zawarta  m y ś l, którą przetwarzamy na własny użytek, lub dajemy widzom w teatrze do inspiracji: wzruszeń, lub poruszenia sumienia - znowu przywołuję tego faceta         z czaszką Yorika i serią niewygodnych pytań... Jako były uczeń Zapasiewicza nie zapomnę jak on umiał czytać wydobywając z tekstu drugie i kolejne...

uparcie...

Uparcie będę propagował  c z y t a n i e  zamiast oglądactwa , czyli książki pod ręką, a nie własne dup.ko na fotelach w teatralnych tingel-tanglach.                                                                                                        I to nie jest sugestia zgorzkniałego starca tylko doświadczenie z "niejednego pieca" wynikłe, bo dzisiaj teatr - jaki jest - spasował z poziomu i rozwoju intelektualnego "lecąc" łatwym i przyjemnym do przeżucia towarem, by się podobać - to znaczy dobrze sprzedać . I to dotyczy nawet takich "buntowszczyków" jak Janek, z czubkiem, K. który zachowując pozory tylko    przy.....la na gitarach, by mu młodzi basowali, a nie byli prowokowani do myślenia. I nawet jeśli jem...

nauki Zapasa

 ... już chyba o tym wspominałem, ale zapomniałem: mój ukochany profesor i dyrektor, Zbigniew Zapasiewicz uczył nas, że każdy utwór dramatyczny należy analizować z aktorami jak gdyby to był kryminał , czyli: kto zabił i jakie były tego przyczyny, bo to jest powód wzbudzenia zainteresowania publiki.                                                                                                                                                       Piszę o tym dlatego, że w sztuce można/należy posługiwać się "sposobami" sprawdzonymi wcześniej, niekoniecznie szczerość jest najlepszą metodą eksplikacji, która chw...

to może Suworow?

 Wracam do "Żmijojada" Wiktora Suworowa, dysydenta z GRU do Wielkiej Brytanii, którego porzuciłem, ale coś czuję, że to historia aktualna - "jak w pysk", by przywołać zawołanie "mołodjożnych angolców". O walce Stalina z Jagodą, generalnym komisarzem bezpieczeństwa państwowego, czyli samo życie - do śmierci - w ZSRR.                                                                                                                                       Czy się wiele zmieniło, przynajmniej na szczytach władzy? Śmiem wątpić, choć oczywiście dzisiejszy terror odbywa się w białych rękawiczkach i już nie słychać jęków zeków z Kołymy; ale ludzie znikają   ...

O...

  O "Żmijojadzie" Wiktora Suworowa napiszę później, bo dopiero czytam o roku 1936 w ZSRR, gdy Stalin bierze się za bary z NKWD i dowództwem Armii Czerwonej, czyli "wchodzi do historii" jako czyściciel własnej kadry i towarzyszy. "Lokomotywa dostarczyła wagon więzienny na ślepy tor Dworca Kijowskiego w Moskwie. Długa limuzyna podjechała pod same drzwi wagonu. Aresztowaną wepchnięto na tylne siedzenie. Ręce w kajdankach na głowie brezentowy płaszcz. I gdzieś wiozą... I cisza. Gdzie ją przywiało pomyślała Nastia. W prawym rogu toaleta. Nie ma nieprzyjemnych zapachów, wszystko czyste. Światło nie oślepia. Więzienną celę wyobrażała sobie zupełnie inaczej". A jednak..."