Gdyby nie wynalazek Gutenberga ze słowem dostępnym w druku wydawałabym moniaki na inne używki i najnowszy model rowera, a tak... Psuję sobie oczęta wypatrując literek ze świata, którego nie ma (doprawdy?), ale bogatrzego od wszystkiego, co jest na tapecie. Jak to nazwiecie?
Zaczytuję się w monografii, zwanej biografią The Beatles Hunter Davies'a. Nie pomnę, czy już wspominałem swoją młodzieńczą przygodę u Marka Garsteckiego w "Largactilu" na St. Mieście, gdzie w tak zwanym turnieju płytowym reprezentowałem - przeciwko Beatlesom - The Rolling Stones (widziałem ich cztery razy "na żywca": w Londynie, w Pradze, w Chorzowie i na Bemowie), bo ojciec żeglarz przywoził mi gorące krążki ze swych rejsów do europejskich stolic. Kiedyś to zbuntowane "Kamienie" stanowili moje uosobienie tego, co w rock'n'rollu najwartościowsze - a dzisiaj doceniam - teksty, ale i muzyczną harmonię "chłopców z Liverpool"... Pamiętajcie, że każde z poniższych zachowań jest surowo wzbronione na scenie: palenie, jedzenie, żucie i picie... No proszę, taki "dekalog" obowią...