Przejdź do głównej zawartości

o Wandzie, co chciała

Wanda, podsekretarz stanu, Zwinogrodzka w momencie zmiany rządu złożyła (obowiązkowo) dymisję. Na mieście mówiło się, że to z powodu Starego Teatru, ale ja, nie znając prawdziwych przyczyn, przypominam, że to nie była łaska, tylko obowiązek.

Nie wiem, czy deklaracja zostanie przyjęta, ale, jako obserwatora postaw inteligentów, by nie powiedzieć: zdrady klerków interesuje mnie bardziej los koleżanki (zakładaliśmy NZS w PWST), i n t e l e k t u a l i s t k i znakomitego moralnie poziomu, wikłającej się w politykę...

Nie wiem, czy to się zaczęło już w "GW", skąd odeszła, bo Adam obsztorcował ją za krytyczną recenzję z Wajdy, czy w TVP, gdzie pewnie dyrektywy ideologiczne są na porządku dziennym, ale mogę przysiąc, że dotąd pojmowałem jej działania publiczne jako motywowane zasadami i dobrem Polski - i zdroworozsądkową znajomością teatru.
Dlatego jej nominację w ministerstwie kultury przyjąłem z nadzieją przeistaczającą się w zaskoczenie wobec gry jaką rozpoczęła z Janem Klatą, polecając (Konradowi Szczebiotowi) przegląd taśm z rejestracjami spektakli zamiast wszczęcia postępowania odwoławczego z posady dyrektora mianowanego wbrew ustawie po ustawce Zdrojewskiego zwanej "konkursem zamkniętym". Takich możliwości w obowiązującym prawie nie było, więc rząd Prawa i Sprawiedliwości był zobowiązany naprawić to niejako ex definitione. 
Jej szef (jeszcze z "gabinetu cieni") zdecydował inaczej i, dając się zlekceważyć we Wrocławiu, rozpoczął wojnę ze środowiskiem. Polityka, panie, polityka...
Nie ponosząc winy za sytuację w Teatrze Polskim nie potrafił zareagować zdecydowanie w narastającym konflikcie. Dawał się wytupywać i wygwizdywać. Mimochodem kreował "Nowoczesną" i przysparzał rozgłosu zaklejającym się aktorom dostarczając paliwa opozycji: oni mieli swoje interesy, ale pan minister to finansował i nie walnął pięścią w stół zrzucając odpowiedzialność na samorząd, a w sądzie wyręczył go wojewoda, czyli przedstawiciel centrali. Wyników artystycznych to strusie postępowanie nie przyniosło: jaki koń jest każdy (poza lakierującym kartofla Piotrem Zarembą) każdy widzi!
Już wtedy informacja MKiDN leżała i kwiczała: rzecznik nie potrafił przewidzieć skutków i wyprzedzać akcji opozycji. 
To było "rządź", ale i "dziel", nie tyle kasę, co artystów... 

Owszem, opór był znaczny, ale brak konsekwencji w postępowaniu ministerstwa skutkował ujawnianiem amatorszczyzny i kumoterstwa (np. doradzający Szczebiot wylądował na posadzie w rodzinnym mieście po ustawieniu wyniku "konkursu" w teatrze dramatycznym; Klata i Mieszkowski jeszcze długo robili, co chcieli, a jak przestali, to z tytułami męczenników opresyjnej władzy PiS!; coraz większa grupa artystów od tej władzy się odwraca, bo - jak w jego obecności powiedział Lech Majewski - minister nie rozumie psychologii twórczości).
Ministerstwo nie potrafiło ani rozmawiać, ani decydować. Postawiło na kooptację, czyli t. k. m.: mentalny socjalizm z powyłamywanymi zębami... 


Takiego popisu nieudolności, jak poniżające Klatę intronizowanie Mikosa żaden z miasta Thun, czy inne lokalne Platfusy, albo i podskakiwacze uliczni, kraj nie widział. W Krakowie pensje biorą nie ci, co "wygrali" i nie za to, za co Profesor im dłonie ściskał, ale, najpierw kompletnie nieprzygotowany cywil, a teraz i tak aktorzy z tym, co było - i jest bez zmian w repertuarze...

Pytałem, po co jedliśmy tę żabę?
Rzecznika, owszem, ale ten (ta) kłamie jak najęta i odpowiedzią na pytania z dostępu do informacji publicznej są dyrdymały nie na temat ani w związku z pytaniami: "sytuacja dyrekcji nie uległa zmianie"... Chodzimy w zaparte, bo co nam zrobią?

A nowej ustawy o organizowaniu jak nie było, tak nie ma, nowelizacji rozporządzenia o konkursach na dyrektorów (ryby, co się psuje od głowy) nie ma, mimo, że towarzystwo prof. Śliwonika przygotowało sensowne projekty, tyle, że bez wpisania w nie wymogu transparentności (rejestrowania przebiegu) wszystkie te zabiegi stają się przeciwskuteczne i nieprzejrzyste; konkursy się skompromitowały i jest tak, jak było. Nic się nie zmieniło. 

Wanda zdążyła już zaprzeczyć większości głoszonych przez siebie ideałom: pluralizm zastępując "tekaemem", jakość intelektualną i estetyczną "masakrą", wspólnotę p o l a r y z a c j ą .
Tiepier my! Dyskusji nie budiet.
                             A nazwisko miewa się tylko jedno
PS (Onet, 23 maja 2017)
ZWINOGRODZKA: Werdykt komisji konkursowej w sprawie Teatru Starego tak właśnie rozumiem - jako sugestię nowej formuły, propozycję przejścia od teatru autorskiego, jaki realizował Jan Klata, ku teatrowi repertuarowemu, otwartemu na różne dykcje i estetyki, co proponują Mikos i Gieleta.
W programie pana Mikosa roi się od powtórzeń nazwisk twórców pracujących w Starym Jana Klaty.
Właśnie dlatego, że to projekt otwarty na różne wrażliwości, a więc i tę, która dotąd niepodzielnie władała tą sceną. Ale nie tylko tę – tu tkwi różnica. Obok nazwisk obecnych już na afiszu są i inne, których tam dotąd nie było. W tym także nazwisko Krystiana Lupy.
Krystian Lupa nie wyobraża sobie współpracy z panem Mikosem.
Cóż, do tanga trzeba dwojga.
Ten konkurs nie przypomina jednak poprzednich, o czym kilka dni temu mówił Onetowi Tadeusz Bradecki: "Cztery lata temu, kiedy wygrywał Jan Klata, większość komisji to byli przedstawiciele zespołu. Wiem, bo sam wtedy - na prośbę ministra Bogdana Zdrojewskiego - kandydowałem. Stary Teatr po 37 latach utracił wpływ na wybór kolejnego dyrektora". Ten konkurs to precedens?
Hm, ja bym tak nazwała raczej ten poprzedni. To był jakiś dziwaczny wynalazek, w żaden sposób nieumocowany w ustawie i dlatego sam minister Zdrojewski nie nazywał go – i słusznie – konkursem, używał enigmatycznego sformułowania "postępowanie konkursowe". Zaproszono raptem pięć osób wybranych przez MKiDN: Jana Klatę, Tadeusza Bradeckiego, Michała Zadarę, Bartosza Szydłowskiego i Grzegorza Jarzynę. Ten ostatni nie skorzystał z zaproszenia, zatem rozmawiano tylko z czterema pretendentami do funkcji dyrektora. A co do wpływu zespołu, to radziłabym przypomnieć sobie stopień konsternacji wywołanej nominacją Klaty, także właśnie w zespole. I późniejsze konsekwencje tego eksperymentu: np. Jerzy Trela, owszem uczestniczył w tym "postępowaniu konkursowym", a potem opuścił Stary Teatr, po 45 latach pracy na tej scenie. Trudno mi się zgodzić z Tadeuszem Bradeckim, że ta osobliwa procedura miałaby być wzorem do naśladowania...
Dlaczego postulaty zespołu artystycznego Teatru Starego o pozostanie na stanowisku Jana Klaty, wyrażone w głosach przedstawicieli Inicjatywy Pracowniczej i "Solidarności" zostały odrzucone?
Ponieważ Teatr Narodowy nie jest własnością działających w nim związków zawodowych, ani nawet własnością całego jego zespołu artystycznego. Obserwujemy – zresztą nie tylko, a nawet nie zwłaszcza w Krakowie – osobliwy fenomen uwłaszczania się dyrektorów i pracowników na majątku wspólnym. Tu i ówdzie roszczą oni sobie prawo do samodzielnego rozstrzygania o losach instytucji, w której pracują, a która utrzymywana jest ze środków publicznych, co oznacza, że podatnicy, reprezentowani przez organy samorządowe lub państwowe mają tam jednak coś do powiedzenia. To "coś" jest niekoniecznie identyczne ze stanowiskiem samych artystów, zresztą bynajmniej nie jednomyślnych, jak to zwykle bywa w sytuacjach kontrowersyjnych...

W takim razie pytam JA:
- gdzie się podział Michael Gieleta (wg ministra "najlepszy polski reżyser pracujący za granicą")?
- co z teatrem / repertuarem "otwartym na różne dykcje i estetyki"?
- jakim "wynalazkiem" było zapraszanie do Komisji osób pozostających w ewidentnym konflikcie interesów, bo zarabiających u starającego się o przedłużenie posady Klaty, lub wymienionych jako moi współpracownicy, skoro Rozporządzenie Ministra Kultury wskazuje, że po stwierdzeniu "stosunku formalnego lub prawnego" przewodnicząca Komisji (dyr. Komar-Morawska) miała ustawowy obowiązek ich wymienić; czy wynik podjęty w bezprawnym składzie prawnie obowiązuje?
- co ministerstwo zamierza zrobić z "uwłaszczeniem się" części aktorów NST (Rady Artystycznej) na majątku wspólnym poprzez zapowiedź podyktowania dyrekcji repertuaru i wykonawców w sezonie 2018/2019, która to publiczna deklaracja nie ma uzasadnienia ani w obowiązującym Statucie Teatru, ani precedensów w historii światowego teatru?
- dlaczego MKiDN wyraziło zgodę na mianowanie Jana Polewki dyrektorem artystycznym Starego Teatru, mimo jego udziału w "konkursie" z zerową liczbą głosów - per analogiam Pan Minister i Pani Minister NIE WYRAZILI ZGODY na Artura Tyszkiewicza w Teatrze Ateneum, właśnie ze względu na negatywną weryfikację w tożsamym postępowaniu?

Komentarze

  1. «"Debil myśli - że myśli/ debil debil debil zna odpowiedzi/ na to - o czym nie wie/ ma wytłumaczenie". "Debila" Monika Strzępka dedykowała na koncertach Czerwonych Świń ministrowi kultury i nowemu dyrektorowi krakowskiego Starego Teatru... z pewnością traktujemy nasz zespół jako inicjatywę, która pozwala nam przeżyć dewastację polskiego teatru, jaką nam zafundowali minister kultury Piotr Gliński i Wanda Zwinogrodzka. Ciężko przeżyliśmy sytuacje w Teatrze Polskim i Starym. Cóż, takie czasy, im cięższe, tym lepszy moment na taką muzykę, na mocną wypowiedź polityczną.


    Czerwone Świnie Strzępki i Demirskiego...

    Strzępka:

    Czerwone Świnie czerpią z energii buntu, obecnej zarówno w mocnym punkowym brzmieniu, jak i w tekstach wyrażających sprzeciw przeciwko cenzurze, męskiej dominacji, brunatniejącym ulicom.

    Podczas koncertu we Wrocławiu wśród publiczności będzie kolportowany stylizowany na zin śpiewnik z tekstami utworów. Np. w "Zaleszanach", inspirowanych historią zbrodni, jakiej dokonał na ludności cywilnej oddział dowodzony przez Romualda Rajsa, ps. "Bury", znajdziemy także obrazek ze współczesnej manifestacji: "A jutro ulicami w pochodzie/ Pójdzie zbiór burych zer/ Będą krzyczeć ONR ONR". W "Módl się za nami" Świnie śpiewają o świętej kurwicy, wściekłej od czasów ławkowego getta, po czas, w którym "ksiądz ekscelencja mówi, że pedofilia to wina dziecka". A wszystko zacznie się od "Lewego sierpowego", w którym ostrzegają: "Cynglu z prawicy lepiej nie pajacuj/ Bo wuje ze Świń wstaną i się skończy płaczem", żeby na koniec zaapelować: "Chodźcie na Wiejską robić przemoc obywatelską".

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

A(n)da - to nie wypada, czyli zwierzenia celebrytki

  Anda Rotenberg: "Schyłek (Dziennik 2019-2020" Ada - to nie wypada: tak KOD-ziawerzyć, łgać i wmaślać się       w tylne częścią ciała możnym tego PO-lszewickiego zadupia, udając uparcie, że to tylko właśnie śtuka i Jewropa, o ciągle tak samo modnych, w pewnych kręgach, pochodnych, kontaktach  i znajomościach. Po co to kupiłem - 450 stroniczek najczęściej w czerwonych barwnikach z Vogue'a - ktoś zapyta? I słusznie: to  c e l e b r y c k a  makulatura, ale ja już tak mam, że lubię wiedzieć,     co pika na tych salóónach u przeciwnika - nie żeby mojego sortu, po prostu braku rozumu    na swoim miejscu, a nie na sprzedaż i do kupienia, gdy nastaje koniunktura... A właśnie się spełnia: obraz świata, pseudo  a k s j o l o g i a  tego towarzystwa (adoracji wzajemnej), zatem listkę wymienianych przyjaciół, przyjaciółek i przydupników warto zachować dla przyszłych pokoleń, jako przykład, jak może upaść "entelygencj...

WRESZCIE!

Czyli o WYJCACH... już mówiłem: ci odlatują, ci zostają. Wnioski składane przez kandydatów muszą zawierać: Oświadczenie, że kandydat nie był skazany za przestępstwo popełnione umyślnie oraz, że nie toczy się przeciwko niemu postępowanie karne. Artykuł 216 Kodeksu karnego brzmi: ,, § 1. Kto znieważa inną osobę w jej obecności albo choćby pod jej nieobecność, lecz publicznie lub w zamiarze, aby zniewaga do osoby tej dotarła, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności". Więc na Jazdowie wielkie poruszenie: miast "demokracja" i "konstytucja" - "1300" wołają! I Kali się kłania... Hipokryzja tego towarzystwa adoracji wzajemnej sięga bruku i (po)pisuje od spodu o "króli(czce)ku" krewnych i znajomych jego.  W tych jękach nawet coś o Mundialu, czyli "haratanie w gałę" za uszami się utrwaliło. Krowa by się uśmiała. Monika Strzępka z Pawłem Demirskim (jak nie potrafią na gitarze) już piszą Requiem na utratę? Ku pocieszeni...

Polityczna poprawność, czyli jak literacki k i c z podnieca naszą zlewaczałą Warszawkę u Warlika

Stado baranów - nie wiedzieć czemu - przyświeca z projekcji na ścianie - czyżby samokrytycznie (?) ostatniej premierze Nowego (choć propagandowo przestarzałego) Teatru o Elizabeth Costello dla warszawskiej snobizerii z Palik(mi)otem i PO-lszewickim czyścicielem w prokuratorii na widowni. Stolyca się bawi! Nieistniejąca postać w publicystycznej rozprawce rodem z filozofijki niejakiej Grety Thunberg inscenizowanej jak dziennik telewizyjny: obrazek plus polityczny komentarzyk - oczywiście pod nowymi rządami. Teatru i dziania się w tym jak na lekarstwo, za to postępową - przodem do przodu, a jakże - ideologijkę serwują pełnymi garściami. Grafomania tej g ł u p o t y ściga się z nudą , ale nie przestaje trzymać ręki na pulsie modnego zaangażowania w jedynie słusznej sprawce... I o to w tej politgramocie chodzi. Obywatel-widz ma być uświadomiony do spodu, co w Eurokołchozie piszczy i spływać z prądem wytycznych. Prezentują dekor, który znamy do przesytu, lodow(at)e projekcje z recyklingu i...