Przejdź do głównej zawartości

Więcej niż teatr - spowiedź Ewy Wójciak

 Dostałem tę książkę: Ewa Wójciak "Więcej niż teatr" w prezencie gwiazdkowym. Lektura okazała się powrotem do czasów młodości "chmurnej i durnej", oraz przypomnieniem dawnych fascynacji.

Pewnie każdy autoportret grzeszy brakiem dystansu do siebie, a jako zadawniony przyjaciel (wymieniony w indeksie) nie znajduję wątpliwości co do jej drogi i ofiar, którymi nasza ukochana Ewunia usłała swą artystyczną egzystencję.

Była piękną kobietą (sorry za czas przeszły, dawno jej nie widziałem), inteligentną i błyskotliwą, zatem,  w męskich sercach budziło to liczne pragnienia.

Sam pamiętam, że po nocnej podróży do Poznania, z kupionym na dworcu bukietem róż, wespół               z Jackiem Chmajem, obecnym jej partnerem, ruszyliśmy pekaesem do Kwiejc... Jeszcze przed południem dotarliśmy na miejsce, ale zobaczwszy Ewę w sypialni z nieznanym mi mężczyzną (ojcem jej dzieci) cisnąłem bukietem w kąt i czar prysnął.                                                                                                       Ba, pozostały intelektualne rozrywki, a tych nigdy w jej towarzystwie nie brakowało.                            Ewa była fascynująco pyskata i miała swoje zdanie na każdy temat.

Pochodząc z rodziny prawniczej (rola jej ojca w uwikłanie z władzą to smutny temat) miała "w genach" zdolność bezpardonowego osądzania - tu i teraz, bez możliwości przedstawienia argumentów obrony.   Ileż osób ze znajomych było autorytatywnie piętnowanych jako ubek i "luj", co niekoniecznie miało pokrycie w faktach, taką po prostu miała ekspresję.

Ja się w niej nie kochałem - miałem w Poznaniu wybrankę serca, o której Ewa stwierdziła: "przyjechał na tydzień i wyjął najlepszą dziewczynę", zresztą nigdy nie wielbicielkę TÓD, choć też artystkę - lecz podziwiałem, owszem.

"Odejście Leszka zrównoważyła współpraca z Jackiem Chmajem"; tutaj, przyznaję spadam z krzesła, bo świetnie, i wcześniej od EW, znałem człowieka, i jak go lubię o ambicje intelektualne nigdy bym go nie podejrzewał (cytat z pamięci jego credo: "bo przy całej waszej intelektualnej doskonałości nie macie pojęcia, co to jest mutra i jak się ją dokręca"). Jacek należał do "trzech muszkieterów z Powiśla" - ja, mądry (sic!), Gwido Zlatkes radykał, i Jacuś - piękny! Pan Freud chyba się kłania, że w ramach biblioteki trzeba było "drania", który wiedział, gdzie dokręcić...

Do mało zrozumiałych wyborów należała też przyjaźń z Januszem Palikotem, potentatem finansowym      i agresywnie nieudanym politykiem, dlatego jej mężczyźni to osobna karta do rozszyfrowania przez psychoanalityka...

"Chcieliśmy pokazać historię tych, którzy nie zrealizowali swych planów i marzeń"; nie dopytałem, ale Ewa powinna się czuć spełniona (choć ucieka na swoją magiczna wyspę na Adriatyku; byłem tam), gdzie ani polityka, ani teatr, tylko oliwki i słońce to jest "szemat"...

To wizerunek inteligenta/ki z formacji dzisiaj rządzącej i przedkładającej Europę nad rodzime tradycje, które wydają się im tak nienowoczesne (ciekawe, bo ich teatr ktoś - czy nie Pawłowski, a może wariatka Morawiec - nazwał "ludowym teatrem narodowym").

Ewa ma zdjęcie z Miłoszem - wieść pantoflowa głosiła, że był nią zafascynowany - nie będąc świadomą, że sama została nieodwołalnie "ugryziona" totalitarną ideologią przefarbowaną na "opium dla mas".

To jest pożyteczna lektura jako świadectwo innych błędów i wypaczeń, bez śladu zawstydzenia.        Takich "kamieni rzuconych na szaniec" było więcej i tylko należy mieć satysfakcję, że ich utopijne projekty społeczne nie doczekały się realizacji (w Ameryce południowej, to i owszem, czym Ewa się fascynuje).

To także kawałek autentycznie niepokornego PRL-u, który w wolnym kraju stracił busolę - powiedziałbym m o r a l n ą . Ona, która poświęcała się dla skrzywdzonych i poniżonych zostawiła         po sobie niemały legion emocjonalnych trupów; choć np. Romek Radomski, najlepszy z nich aktor, trzasnął na zawsze drzwiami, a Lechu Raczak pamiętam, że krzyczał: "mam dosyć Syberii i kajdan, mnie się marzą pomarańcze"...

Dzieje tego zespołu to także historia bolesnych porzuceń, i przepędzeń!

Łatwi we współżyciu nie byli, ale swój teatr, w najlepszym okresie, robili  b o l e ś n i e  doskonale, tak, że nie dawało się tego zapomnieć po spadnięciu (symbolicznej) kurtyny - jak pisałem w podziemnej gazetce: nie dało się po nich wrócić do domu i żyć tak, jak dawniej....                                                                  Tyle, że - moim zdaniem - nie potrafili w porę zejść ze sceny i stali się własną parodią przyrządzaną na polityczne zamówienie "nowoczesności".

Pouczająca historia!


  

  


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

carstwo, proszę bardzo. Na chwałę Moskwy

Bałem się tej premiery i wiem, czego się bałem. Widziałem Peter Steina kiedyś "Oresteję" i "Księcia Homburgu", oraz dekadę temu "Wallensteina" i "Mewę" w Berliner Ensemble i w Rydze; to był zawsze wielki teatr idący za literaturą i piorunująco grany - powiedziany! Szanuję wiedzę reżysera o epoce i to, że uważa t e k s t za skarbnicę wszystkiego, co teatrowi najpotrzebniejsze. Nie ma w nim tylko wykonawców; aktorzy są, albo nie ma takich, którzy potrafią udźwignąć konwencję, w której to od nich wszystko - sens, wyraz, energia - zależy, bo mimo "filmowej" obrazowości inscenizacji, to aktor decyduje o wadze sprawy; albo to, co robi przechodzi przez rampę, albo zostaje w jakimś muzeum Pana Steina, jako ilustracja... W teatrze Peter Steina trzeba, jak (niektórzy) Niemcy, Anglicy i Rosjanie - umieć mówić , czego Seweryn swoich nie nauczył, albo nie wymagał.  Pod tym względem premierę w Teatrze Polskim "Borysa Godunowa" Alek...

SZTUKA BYCIA

 Ostatnio pasjami zaczytuję się w Coeetzee'm - ulubionym autorze Warlika (?) Po Gombrowiczu, Dostojewskim, Szekspirze, T. Mannie i Orhanie Pamuku to się zrobił mój "topowy" pisarz. Przyznaję się do tego troszku z konfuzją, bo mam wrażenie, że ulegając trendom zaniżam poziom; to literatura na służbie - słuszna, owszem, owszem - ale, przede wszystkim, poprawna politycznie, czyli nie żeby wolna myśl i wyobraźnia, ale... Nie człowiek / psychologia, lecz "sprawa", zatem, jakby na to nie spojrzeć, p o l i t y k a. Nie żebym wymagał od pisarstwa spełniania jakichś określonych zadań, lecz bez rozpętywania wyobraźni i sięgania tam, gdzie wzrok nie sięga, twórczość mnie interesuje i ... horyzontów nie poszerza. Dla siebie mam takie osobiste kryterium tego, co mnie zachwyca: nie, że coś jest "nowatorskie", ale, że mi się to śniło - przeczuwałem to - nie potrafiąc samemu zapisać, zrealizować... Czyli, kręci mnie nie tyle nowatorstwo, co sięganie do tajemnicy mojej...

Sobie życzę w Nowym Roku

 Zdrowia - po rozjechaniu mnie przez samochód - przede wszystkim, i nowych fascynujących k s i ą ż e k. Mam ich w bibliotece już tyle, co na zdjęciu u Marii Janion, ale ciągle mi mało; nie papieru, lecz doznań. Bo w książkach jest zapisany świat, którego brakuje za oknem: ciekawszy, bardziej złożony i, co ważne, dający do myślenia. To z książek wyrusza się w podróż, która nie ma końca i żadnych ograniczeń. To z papieru można wykreować rzeczywistość ze swoich/naszych marzeń! Tylko z książek.  Dlatego czytanie - nie mówiąc o "czernieniu papieru" - jest remedium na świat, w którym brakuje wzorów. Tylko w książkach można znaleźć emocje i bohaterów, z którymi chciałoby się spotkać i pogadać; tylko  tam, tylko w książkach... Jeśli propaguję tu jakiś "eskapizm" to jako obronę przeciw przeciętności i małości naszych codziennych dążeń, bo to tam świat rozpościera się na miarę naszych potrzeb. Dlatego więcej czytając nie muszę tak uważnie "patrzeć przed siebie"... C...