Przypętała się do mnie, owszem z własnej półki, ale odłożona ad acta Elfride Jelinek, czytana wcześniej, a nawet oglądana w kinie.
Czy to tylko nihilizm właściwy współczesnej kulturze, czy już zboczenie sprofilowane na modę i handel na rynku, nie wiem.
Wydawca pisze, że to "niezwykle osobiste" zeznanie: "Dane osobowe", a ja się zastanawiam, czy są granice, których się nie przekracza publicznie?
Chciałoby mi się moralizować w tej mierze, ale przeszkadza mi fakt zwany "Weselem"... Nasz wieszcz mógł, zatem czemu by zabraniać kobiecie?
Chodzi mi o to, że literatura musi być s z c z e r a, ale czy powinna przekraczać decorum granice?
Przecież np. Dostojewski, troszku się tylko maskując, także przekraczał, a Proust?
Powtórzę to, czego uczył mnie Zapasiewicz: "reżyserujcie tak, abym wiedział, czy robi to blondyn, czy brunet?"...
Czyli, nasycajmy rzecz osobistym przeżyciem licząc na wspólnotę w egzystencjalnym bycie!
A "plotkę" o nas nich rozpowszechniają mniej zdolni!
Komentarze
Prześlij komentarz