W zeszłym roku przede wszystkim czytałem na potęgę, narażając się jako okularnik na osłabienie organu, jednak z pożytkiem, mam nadzieję, dla wrażliwości i rozumienia tego, co za oknem.
Teatr - oglądanie przedstawień - już mnie tak nie pasjonuje, bo szkoda mi czasu na panujące "tryndy" i mody na jeszcze mniej zdolnych.
Z wiekiem mam potrzebę wracania do lektur, które już kiedyś odbyłem, ponieważ upływ czasu oddziaływuje na rozumienie tego, co zakurzone na półce. Inaczej czyta się np. "Romeo i Julię" w liceum, a inaczej po przejściach.
Do kina chodzę, ale nie pamiętam - Jarmusz, owszem, ale Feliniego mi brakuje.
Zatem książki jako światy, których akcje mi się śnił, ale sam nie miałem śmiałości podjąć wyzwania; czyli - jakowaś kompensacja i dopełnienie wyobraźni.
"Buddenbrooków" chyba nigdy wcześnie nie zmęczyłem, a dzisiaj ta saga jeśli nie pomaga to rozjaśnia psychologiczną złożoność narodu sąsiada, i podziwiać Thomasa Manna. Pamuk, ach ten Pamuk wyskoczył całym legionem na mojego "dardanelskiego" ulubieńca. No, i Japoniec Yuzuki, np. z "Masłem" - smakowita lektura. Wreszcie Miki Liukonen z przedziwną Lamigłówką p. t. "Q". Z biografii czytałem Boba Dylana jako głosu pokolenia. Wreszcie przypadła mi do gustu Elena Ferante swoją "Genialną przyjaciółką", która, o ile dobrze pamiętam była adaptowana do teatru. Wróciłem do dystopii "1985" Anthony Burgessa, bo coraz bardziej mi się kojarzy z rzeczywistością; także na powtórną lekturę załapała się Nabokowowska "Feralna trzynastka"... O remigiuszu Mrozie i Colm Tobian na razie nie wspominam, bo jestem w trakcie.
Jaka z tego pointa? Bo ja wiem? Chyba taka, że władza powinna należeć do wyobraźni (lecę hippiesowskim zawołaniem), dlatego, tylko świat z papieru spełnia to, czego niedostaje rzeczywistości.
Wszystko co piszę to pewnie "luksus emeryta", który nic nie musi, tylko może czytać!
Więcej grzechów nie chce mi się pamiętać.
Komentarze
Prześlij komentarz